środa, 29 czerwca 2011

Powrót. Historycy.

Niniejszym stwierdzam, że dość już tego pierdolenia (w paradoksalnym znaczeniu: milczenia). Przez pewien czas nie wypadało się zajmować takimi bzdetami jak blogi, czasy te jednak oficjalnie zakańczam. Równocześnie ostrzegam, że w ostatnich dniach znajduję się w cokolwiek wszetecznym humorze. Termin chyba nie był tu wyjaśniany, więc pozostaje się domyślić, zapytać mnie albo skoczyć z wysokiego budynku.

*
Niedawno trochę się dowiedziałem o historii, więc pragnę się podzielić. Idzie to tak: początki wszyscy znamy, dwudziesty wiek takoż, potem idzie lekki rozpiździaj, trochę średniowiecza, następnie w dwudziestym piątym wieku mamy coś na kształt poprawionego dwudziestego, a w dwudziestym szóstym wreszcie przyzwoity dwudziesty pierwszy, skokowy rozwój nauki, singularity i takie tam posrajgłówki (właśnie w tym momencie wykoncypowałem ów piękny leksem; rodzaju żeńskiego jest on), wreszcie na początku dwudziestego siódmego rozpracowana zostaje podróż w czasie. Do tego momentu oczywiście cały biznes przejęły i nim zarządzają inteligentne maszyny, kontynuujące i rozwijające ludzką kulturę, jak również dbające o ludzki byt. A sami ludzie? Cóż - przestarzali, niedoskonali, nie nadawali się do żadnej pracy, ich egzystencja stała się więc cokolwiek nudnawa. Z wielką radością powitali więc możliwość rozrywkowej podróży w czasie (którą, co ciekawe, maszyny wcale nie były tak bardzo zainteresowane - pewnie dlatego, że spokojniejsze, mądrzejsze i w większym od ludzi poważaniu mające matematykę). Co się okazało? Otóż epickie bitwy cieszą z reguły tylko raz - człowiek szybko się orientuje, że tak przygnębiających rzezi nie chce więcej oglądać (tym bardziej, że dwudziestosiódmowieczni ludzie już nie zabijają swego jedzenia), a ogólniej to historyczne momenty formujące ludzkość okazują się nieco przereklamowane. Co nie znaczy, że nie ma na nie chętnych. Niemal cała czasomigracja (choć są to jedynie krótkie wizyty, nie migracja w naszym rozumieniu) z lat 2606-2614 odwiedzała istotne momenty historyczno-polityczne. Zrobiły się przez to niezwykle tłoczne - przykładowo na rok 2654 uważa się, że zabójstwo Gajusza Juliusza Cezara obserwowało około trzystu poukrywanych w różnych miejscach czasohistoryków. Nie trzeba zapewne dodawać, że skoro dla dwudziestopierwszowiecznych ludzi niewpływanie na historię wydaje sie jedynym sensownym wyjściem, to dla dwudziestosiódmowiecznych tym bardziej. Jednakże każdy chce latać w przeszłość (jedyna naprawdę prawdziwa rozrywka), tsk więc co bardziej znane wydarzenia (a wkrótce i te mniej znane) stały się tłoczne - na tyle, że dalsza publiczność groziła ujawnieniem i zmianą historii. Kolejne zatem pokolenia historyków musiały podróżować do mniej oblężonych - a więc po prostu mniej znanych - miejscomomentów historycznych. Najciekawsze okazały się: koniec XX wieku i początek XXI. Co by nie mówić, był to szczyt rozwoju ludzkości aż do XXVI wieku.
Półwiecze 1975-2025 było najbardziej obleganym czasem dla historyków przez (jak dotychczas, tj. do roku 2654) około 40 lat. Uwzględniając fakt, że przeciętny przedstawiciel piętnastomiliardowej (plus minus miliard na przestrzeni lat) ludzkiej populacji spędza 21 dni w czasach historycznych na jeden w swoich własnych (z tego powodu nominalna średnia ludzkiego życia dramatycznie spadła, do ok. 7 lat) daje to straszliwą ilość osobomigracjodni na te marne pięćdziesiąt lat. A do tego dochodzi podobno ponad drugie tyle z lat następnych!
Cóż z tego wynika dla nas, dwudziestopierwszowieczniaków? Już odpowiadam. Czy mieliście kiedyś wrażenie, że ktoś was obserwuje, mimo, że nikogo w okolicy nie było? No więc był. Idąc podczas spaceru wśród zieleni, możecie być pewni, że za którymś krzakiem, drzewem lub żywopłotem czai się jakiś historyk z dwudziestego siódmego wieku. Ale bardziej prawdopodobne, że za każdym krzakiem czai się kilku. Tylu ich naleciało.
Zatem, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o przyszłości, uczynić swoje życie ciekawszym, poznać sympatycznych ludzi lub po prostu utrudnić im pracę, zbierajcie kamienie (najlepsze są te wielkości pięści) i systematycznie rzucajcie nimi (byle mocno) w okoliczne krzaki, korony drzew, za murki i ogólnie wszędzie, gdzie sami byście się schowali, by obserwować ludzi. Zdziwicie się, jak szybko, po dobrym rzucie zza krzaka wyjdzie cherlawy jegomość, masując spuchniętą potylicę i zacznie was przepraszać. Ja dzięki tej technice dowiedziałem się tych wszystkich rzeczy o przyszłości.
Przy okazji chciałbym zwrócić waszą uwagę na to, jak ciekawym obiektem jest kamień i ile ma zastosowań: od posiłku, przez broń i aparat higieniczny, aż do afrodyzjaku.
Grupa uczonych pod moim przewodnictwem przeprowadziła w ostatnim miesiącu  testy terenowe kamieniowej techniki wykrywania czasohistoryków. Oto wybrane fragmenty wyników:
Średnio na każde 1000 losowych rzutów kamieniem w potencjalne miejsca ukrycia (termin zdefiniowany gdzie indziej, zasadniczo zbieżny z przedstawionym przeze mnie opisem):
trafiano 2,2 ssaki niehumanoidalne (oba gryzonie), w tym 0,79 ze skutkiem śmiertelnym
trafiono 27,3 ssaków humanoidalnych (zakłada się, że wszystkie należą do homo sapiens), z czego spotkanie trzeciego stopnia nastąpiło z 21,1 z nich, podczas gdy 5,9 uciekło (ich przynależność do gatunku homo sapies jest jedynie domniemana na podstawie pobieżnej obserwacji, podczas gdy w pozostsłych ~21 przypadkach kontakt potwierdził przynależność gatunkową, przynajmniej według oficjalnej klasyfikacji na czerwiec 2011)
spośród 21,1 osób, z którymi nawiązano kontakt:
17,8 przyznawało się do podróży w czasie i dwudziestosiódmo- lub dwudziestoósmowiecznego pochodzenia
2,1  okazywały się dwudziestopierwszowiecznymi parami dokonującymi czynności intymnych, z czego 1,3 uprawiało seks - w tym 0,7 z użyciem zabezpieczenia (domniemuje się również przynależność 1,8 osób, które uciekały, do grupy dwudziestopierwszowiecznych par, z uwagi na grupowanie - po dwie osoby, z reguły przeciwnej płci - oraz niekompletne lub nieobecne odzienie)
0,9 osoby okazywało się być przyczajonym ninja (100% tych rozpoznań zakończyło się śmiercią badacza)
0,3 osoby okazały się być ekshibicjonistą oczekującym na ofiarę w stanie półnagim (z ekspozycją części intymnych).
Podsumowując wyniki badania: seria rzutów kamieniem skutkuje najczęściej nawiązaniem kontaktu z przybyszami z przyszłości, Polacy zaś wciąż zaniedbują antykoncepcję.

*
A teraz coś zupełnie innego: ostatnio tak się zamyśliłem, nudziło mi się, no i stworzyłem nową (lub nie, na razie nie sprawdzałem zbyt dokładnie) definicję kultury. No bo ten bełkot o praktykach symbolicznych opartych na wymianie jakoś mi nigdy nie pasował. Ja zatem proponuję:
Kultura - świat stworzony przez inteligencję.

Myślałem, żeby nieco obtłumaczyć taki dobór wyrazów, ale jednak nie. Niech mówi za siebie, niech otwiera pole do interpretacji, którego szerokość wydaje się (przynajmniej mnie) precyzyjnie dobrana.

*
Niech tyle wystarczy na powrót. Pisane ponad dwie godziny. Ponownie może zaskutkować nawałem treści w najbliższym czasie (mam sporo w głowie) lub nie (wciąż tak jakby boję się pisać lub w inny sposób kontaktować ze światem).

Według mnie jest to łotrość.

czwartek, 31 marca 2011

Bzdurzenie

Właśnie rozpoczęła się ostatnia godzina marca. Przez cały miesiąc chodził ze mną pomysł na krótki, głupi tekścik, którego jednakowoż nie mogłem napisać. Winnych jest wielu - zacząłbym od życia, które rzuca ostatnio kłodami - może niekoniecznie pod me nogi, ale ogólnie w moim kierunku; następnie ludzie będący nierzadko owymi miotanymi kłodami, utrudniający mi wspomniane życie na co drugim kroku, przy okazji zaliczający się w większości do bliskiej mojej rodziny (najgorszy typ człowieka); no i wreszcie ja sam wraz z moimi nieodłącznymi cechami, składającymi się na szeroko rozumiane lenistwo, ale również odrobinę solenności, gdyż nie chciałem po prostu wypluć z siebie kolejnego potworka, a raczej potworka osadzonego w niesprzecznym z rzeczywistością tle. Efekt ten najłatwiej osiągnąć poprzez wycięcie, rozmycie lub surrealizację owego tła, ale tym razem nie chciałem się uciekać do tak tanich sztuczek.

Powyższy akapit można streścić za pomocą jednego zdania prostego: nie napisałem jeszcze tego tekstu. Mogę dodać jeszcze zaskakujące postscriptum - pisanie już dawno rozpocząłem, ale na razie szlag je trafił. W końcu żeby pisarz mógł pisać, musi mieć po temu wolny umysł, więc ja tym bardziej owym obciążeniem obciążony jestem, a wspomniane kłody od życia tak wielkim ciężarem na mych barkach się kładą, że myśli o wysmakowanym postmodernizmie z lekka mię odchodzą (acz nie całkiem).

Zbliża się połowa ostatniej godziny marca, więc nie zwlekając przejdę do meritum niniejszego posta - jest on pisany, ponieważ miesiąc bez żadnego posta będzie oznaką mojego całkowitego upadku moralnego; ponadto zaś, ponieważ mam ochotę pobzdurzyć se nieco. Dawnom już nie bdurzył satysfakcjonująco. Skupmy się więc na bzdurzeniu. Mniej picia, więcej bzdurzenia! - Wołał lud zgromadzony pod pałacem prezydenckim. W tym samym czasie na Polach Elizejskich Napoleon Bonaparte po pijaku oświadczał się umiarkowanie pięknej, lecz zabójczo trzeźwej cygance. Gdyby nie była ona skażona cnotą, trzeźwością oraz uczciwością, niechybnie przyjęłaby oświadczyny i historia potoczyłaby się inaczej - przynajmniej nieco inaczej, ponieważ, jak wiadomo, cyganie mnożą się prawie tak obficie jak inne wędrujące grupy (tzw. cyganeria), zatem cesarz miałby solidną grupkę porządnego potomstwa z prawego, choć niezbyt szacownego łoża, zamiast wypierdka w rodzaju Napoleona drugiego (jaki szacunek w dziewiętnastym wieku może osiągnąć człowiek, który żyje tylko dwadzieścia jeden lat). Cyganka jednak, jak już  wspomniałem, trzeźwą była, nie chciała wię stać się jedynie przelotną kochanką najpotężniejszego człowieka świata, wolała raczej zostać jego żoną. W tym celu nie dała mu od razu, lecz próbowała dać się zdobywać przez co najmniej trzy wieczory i jeden kosztowny podarek. Efektem tego postępowania Cesarz Francuzów wychędożył tego dnia kogoś innego, który to fakt zasadniczo wpłynął na losy II Wojny Światowej, jednak w dość zawoalowany sposób.

Z grubsza w tym samym czasie (dokładniej w roku 1867) Charles Rutherford, amerykański rybak pochodzący z Rockland w stanie Maine dokonał fenomenalnego przemyślenia. Idzie to mniej więcej tak: Kolumb wypłynął z Europy i odkrył Amerykę z perspektywy europejskiej, ale Europa, mająca z Ameryką najwięcej połączeń morskich spośród wszystkich kontynentów, nigdy nie została oficjalnie przez Amerykanów odkryta. Zbudował on więc siedemnastometrowy okręt żaglowy, którym (wraz z dwoma towarzyszami) przepłynął Atlantyk i odkrył Europę, którą w całości uczynił własnością prezydenta Stanów Zjednoczonych. Europejczycy niestety zignorowali ten istotny fakt.

A najśmieszniejsze jest to, że imię wspomnianej cyganki brzmiało trochę jak 'dupa'.

Pisane od 23:01 do 23:53, a więc jak na mnie wyjątkowo krótko.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Barbarzyńcy

W grudniu miałem dużo pomysłów, które chętny tu byłem umieścić, ale uznałem, że tak duża dynamika w częstotliwości nowych postów wyglądałaby cokolwiek niepoważnie, no i pozapominałem. Na fali prowitalnej energii roku 2011 moje myśli kierowały się raczej gdzie indziej i od dawna nie miałem tu czego napisać, a jak wreszcie wymyśliłem, to nie mogłem się zebrać, żeby umieścić. Na to nałożyły się zgryzoty związane ze zdrowiem mojego ojca, którego anemia doszła w końcu do takiego poziomu, że wstawanie z łóżka groziło śmiercią (ale zanim się tego dowiedział, to chodził - z trudem, ale jednak; a ja nie wiedziałem nawet, jak to musi być trudne; myślę, że nigdy nie osiągnę takiej siły woli jak on). No i teraz tłumaczę się głównie sam przed sobą, ale jednak publicznie, że gdy wreszcie przyszedł długo wyczekiwany okres odżywania, brania się za siebie itd, to nie przełożyło się to na więcej do powiedzenia tutaj - a przecież powoli staje się to głównym miejscem mojego wypowiadania się.

*

╔=============KAMPANIA SPOŁECZNA=============╗
 Czy zdarza Ci się doznawać uczucia frustracji, trudnego do opanowania gniewu spowodowanego wrażeniem bezsilności? Z pewnością często musisz jakoś wyładować silne uczucia, na przykład kopiąc stół lub rzucając monitorem o ścianę. Są to jednak przedmioty - nic nie czują, nie mogą więc dać satysfakcji jako ofiary przemocy. Ponadto, agresja wobec nich grozi wieloma różnymi urazami.
Pamiętaj! Zwierzę nie jest rzeczą!
Zwierzęta domowe oraz gospodarskie stanowią doskonałe ofiary przemocy. Każde zwierzę, uderzone, poczuje ból, odrzucenie, przerażenie i inne uczucia zaspokajające potrzeby oprawcy, czyli Ciebie! Przemoc wobec zwierząt powoduje wzrost satysfakcji o 53% oraz spadek ilości kontuzji o 26% w porównaniu z agresją wobec przedmiotów. To oznacza lepszy sen, mniej wizyt u lekarza, większą wydajność w pracy - a więc i szczęśliwszą rodzinę. Szczęście rodziny jest przecież najważniejsze!

W celu zapoznania się z ofertą "Okrucieństwo wobec zwierząt - rozwiązania dla firm", wejdź na www.legallysadistic.com
╚===========KAMPANIA SPOŁECZNA============╝


*
A nieco poważniej, pośród niedawnych źródeł mojego stałego przygnębienia wymieniłbym falę wyobcowania, jakiego doznaję w kontaktach z bardzo inteligentnymi ludźmi. Z tymi mniej ineligentnymi oczywiście też, ale do tego już się przyzwyczaiłem, po części z tym pogodziłem. Na inteligentów zaś wciąż liczyłem; gdzieś na granicy świadomości chciałem wierzyć, że z elitą się zawsze dogadam.
Po zastanowieniu zawęziłem pole obecnej fali wyobcowania (właściwie jest to raczej brak poczucia wspólnoty) do postawy barbarzyńcy. U nikogo jej nie widzę. Żeby rzucić nieco światła (oraz dla grafomańskiej przyjemności) przedstawię oto zajmujący ważne miejsce w mojej głowie mit barbarzyńcy.

Barbarzyńca istnieje w opozycji do człowieka (u)cywilizowanego - jest nieokrzesany, niezaznajomiony z kulturą. Przynajmniej z kulturą naszego cywilizowanego świata. Przede wszystkim więc barbarzyńca pozbawiony jest założeń o świecie, które determinują człowiekowi cywilizowanemu wszelkie jego akty poznania. Przykładowo, kiedy barbarzyńca widzi mały, tani samochód, pełen jest podziwu dla fascynującego urządzenia, a dopiero potem (co byłoby pewnie jedyną myślą cywilizowanego) porównuje go z większym, szybszym i bardziej prestiżowym lub też nie. Można by więc powiedzieć, że barbarzyńca jest zawsze zdziwiony, obserwuje świat rozszerzonymi źrenicami.
Barbarzyńca jest też nomadą (przynajmniej w naszym cywilizowanym świecie, który nie jest jego domem), nie kolekcjonuje więc zbytnio dobytku - ani w postaci majątku, ani przyjaciół. Nie boi się zatem straty (nawet śmierci), czy to własnej, czy cudzej. Barbarzyńca nie odcina się również od częstego skojarzenia ze słowem "barbarzyńca" - skłonności do przemocy, dzikości. Barbarzyńca jest dziki (chociaż niekoniecznie do przesady) i wierzy w kult silnego ciała, odporności, hardości - tak, że faktyczna przemoc powinna pozostać w sferze potencjalności. Nie należy jednak barbarzyńcy traktować jako głupca - mądrość, oparta na zimnej kalkulacji, jest jego ważną cechą; mam na myśli, że skojarzenie z mądrością szamańską i wszelkimi innymi esencjalizmami należy uznać za błędne. Barbarzyńca może nawet być nihilistą, choć nie musi. W naszym świecie nigdzie nie jest on też u siebie, naturalnie więc zajmuje pozycję obcego. Doszedłem do tego właśnie w tej chwili i zrozumiałem, że moje wyobcowanie stanowi (dziejową) konieczność, przynajmniej dopóki mit barbarzyńcy będzie we mnie żywy.

No i jeszcze kontekst antyczny. Starożytni Grecy, autorzy pojęcia barbarzyńcy, nazywali tak ludy obce, których kulturą ani intelektem nie byli zainteresowani. Dzisiejszy człowiek chyba ma podobne podejście do barbarzyńcy w moim rozumieniu.
Dla Rzymian zaś, którzy komunikację międzykulturową uprawiali w dużej mierze poprzez masakry i pożary, barbarzyńcy stanowili zagrożenie, zawsze skłonni odpowiedzieć tym samym, a czasami nawet samodzielnie nawiązać dialog. Mój barbarzyńca szerokokontekstowy, posiadający gdzieś swoje wioski wie zatem, że kiedyś będzie musiał urządzić wyprawę na Rzym, że będzie mordował, palił, gwałcił i rabował, że w końcu zostanie pokonany przez bardziej rozwiniętego przeciwnika, że jego wioski zostaną spalone, dzieci zabite, żona (archetyp barbarzyńcy przedstawia bowiem mężczyznę, choć można to zawsze zmienić) zgwałcona i również zabita, majątek rozgrabiony. Kultura wyśmiana, a potem zapomniana. Tak, barbarzyńcy z pewnością są skazani na brutalną porażkę, dlatego są postaciami tragicznymi.

Barbarzyńca to niestety chyba jedyne słowo, którym nazwać można barbarzyńcę, stąd tyle jego powtórzeń w powyższym akapicie. Dzikus to już ktoś inny, podobnie jak autochton, obcy (ponieważ to szersza kategoria), najeźdźca itp.

Jak sam na początku zaznaczyłem, mówimy tu o micie, a więc postawa barbarzyńcy jest pewną ideą, do pewnego stopnia też ideałem. Wewnętrznie czuję się czasem barbarzyńcą, ale na pewno nie spełniam wymienionych tu cech. A Rzym, przynajmniej jak na razie, może mnie najwyżej wyśmiać, na pewno nie zamierza ze mną walczyć. Mogę jedynie dojść do niego po rzymskich drogach jako podróżny i walić głową w jego mury obronne, ale to z kolei byłoby trochę za głupie na barbarzyńcę.

Aha, i Rzym nie jest Babilonem, tzn. barbarzyńca nie prowadzi krucjaty obyczajowej, i w ogóle nie boi się rozwiązłości czy innych przyjemności ziemskich, choć równocześnie rozumie i szanuje ascezę jako źródło tak cenionej przez niego siły.

wtorek, 11 stycznia 2011

Kolejna część przygód ulubieńca młodych już w druku

Artur Krzykadełko jest bohaterem cenionej przez krytyków i pedagogów serii książek dla młodzieży autorstwa Marii Jałkowej. Podczas swoich licznych przygód poznał wielu ciekawych ludzi oraz podjął się wielu ciekawych zadań. Wszystko zaczęło się w roku 1999 od niewielkiej, inspirowanej kilkoma snami pani Jałkowej, książeczki pt. „Artur leci magicznym samolotem”, która została dostrzeżona i pochwalona przez społeczeństwo Indian południowoamerykańskich za realizm. Książka osiągnęła status bestsellera, a pani Jałkowa zabrała się za pisanie sequela, tym razem pracując spokojnie, metodycznie, z wykorzystaniem licznych źródeł. Tak powstała powieść „Artur na tropie pirackiego skarbu” (2003), tak sugestywna, że wielu czytelników próbowało z zawartych wskazówek wydedukować faktyczne miejsce, gdzie zakopany pozostaje tytułowy skarb, a nawet podróżowało po świecie, kopiąc doły w różnych dziwnych punktach. W tej książce wprowadzony również został stały towarzysz Artura – pies Skafander.

Szybko pojawiły się kolejne części przygód popularnego młodzieńca, ukazując proces jego dojrzewania wraz z czytelnikami: „Artur i pierwsza miłość” (2004), „Problemy rodzinne Artura” (2006), „Artur eksploruje Grenlandię” (2007) oraz „Artur pracuje jako makler” (2009). Wszystkie sześć tomów dotychczasowych przygód Artura składa się łącznie z ponad 2,5 tys. stron, przeżył on już niemal wszelkie możliwe przygody, wliczając w to osiągnięcie świadectwa z paskiem, pocałowanie dziewczyny jako pierwszy chłopiec z klasy, uratowanie rodziny Skafandra przed schroniskiem, odkrycie nieznanego wcześniej terytorium, rozwód rodziców czy osiągnięcie maksymalnego wyniku w jednym z trudniejszych testów państwowych.

A jednak pani Jałkowa wciąż ma nowe historie w zanadrzu. Jako pierwsi poznaliśmy ogólny zarys fabuły najnowszej części przygód Artura, „Artur dyktatorem bananowej republiki”. Tym razem bohater, jak sama nazwa wskazuje, będzie uzurpował władzę w nic nie znaczącym państewku, co stać się ma okazją do ukazania typowych dylematór dorastającego człowieka, dotyczących rozstrzeliwania członków opozycji, pokus korupcji, nepotyzmu oraz stręczycielstwa w majestacie prawa. Tymczasem pies Skafander odkryje swoje życiowe powołanie jako szef tajnych służb i szara eminencja na dworze.

Ta delikatna zmiana tematu pokazuje, jak dojrzała sama autorka oraz jakiej dojrzałości spodziewa się po swoich wiernych czytelnikach. Jak sama nieoficjalnie mówi, wytworzyła w sobie prawdziwy zmysł literacki, który zamierza teraz ugruntować, uzyskując jakąś znaczącą nagrodę literacką – np. następny tom z cyklu najprawdopodobniej wycelowany będzie w nagrodę Nike, a poświęcony dylematom moralnym oraz ekonomicznym Artura jako dyrektora obozu koncentracyjnego.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Znów Ja

Po kolejnej fali apokalips w życiu rodzinnym uciekam myślami oraz obecnością tutaj, do tego (niech już znów będzie) bloga. W końcu moje pierwsze przypuszczenie na jego temat (że napiszę dwa posty i zapomnę) się nie sprawdziło, minął rok i ogarnia mnie nastrój rozliczania tego roku. A ponieważ zbiega się to z przełomem roku kalendarzowego, myślę, że nie jestem ze wspomnianym nastrojem osamotniony. Pomyślałem więc, że poświęcę kolejnego posta swojej osobie i podsumuję tu kilka pierwszych rzeczy, które przyjdą mi na myśl z intencją bycia podsumowanymi.


W zasadzie niczego nie udało mi się przez ten rok pokonać, raczej jest to historia przegrywanej przeze mnie wojny z postępującym deficytem motywacji, co jest oczywistą konsekwencją pogrążenia w kryzysie egzystencjalnym. Teraz nawet nie pamiętam i nie mam czasu sprawdzić, czy w końcu opisałem tu jakoś mój mizobiotyzm, ale wątpię, bo chyba bym mu dał etykietę o tej samej nazwie. Czas by wreszcie opisać, jeśli teraz nie jestem na to gotów, to pewnie nigdy nie będę. A byłaby to kontynuacja pierwszych zawartych tu myśli, poświęconych antyerotyzmowi (tam mógł być mizobiotyzm wspomniany, ale chyba nie opisany; oba terminy traktuję jako własne neologizmy, gdyż z mizobiotyzmem się nigdy wcześniej nie spotkałem, o antyerotyzmie zaś  - jak wyguglałem - czasem się wspomina, ale nie znaczy on tego, co u mnie).

W zasadzie przez ostatni okres wakacyjny byłem najbardziej pogrążony w owym kryzysie, i emocjonalnie cofnąłem się o jakąś dekadę, odczuwając podobne stany co w okresie burzliwej młodości (te same, co do których byłem już pewien, że nigdy więcej ich nie poczuję). Na jesieni zaś poczułem się emocjonalnie gotów do przełomu, lecz nie udało mi się żadnego przełomu w sferze intelektualnej dokonać. W rezultacie zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy:
1) pod wpływem wspomnianego kryzysu wyhamowałem i przestałem cokolwiek robić, uczyć się, pracować nad różnymi projektami, etc., i tak się zasiedziałem w abnegacji, która nastąpiła, że stałem się koszmarnie leniwy. Zapomniałem już trochę, jak to jest - pracować na jakiś sukces, w który się wierzy. Teraz jak coś robię, to głównie po to, żeby świat się ode mnie odpieprzył. Chyba czas powoli odkręcić to zjawisko.
2) ten mój kryzys zapoczątkowany  został przez coś, co mogę nazwać teoretycznym spojrzeniem na empatię, bo - jak sądziłem i chyba wciąż sądzę - empatii wobec wszelkiego życia było we mnie sporo. Jednak ostatnio narasta we mnie indyferencja wobec życia, jego radości i cierpień. Pewnie w ten sposób mniej świadoma część mnie próbuje się dostosować do sytuacji, i ma trochę racji - po osiągnięciu odpowiedniego progu obojętności może mógłbym się przekształcić w egoistę-hedonistę i być w stanie samodzielnie funkcjonować.

Podsumowując, dobrze wciąż nie jest i lekko nie będzie. Niby z ważnego powodu, ale jednak spoczęło się na laurach, a potem wszystkie laury przejadło, i teraz jest się w stanie spoczynku bez niczego. A wiadomo, jak męczące jest ciągłe odpoczywanie.

*

Z innej beczki za to niepokoję się bardzo o polską politykę. Słyszałem bowiem pewne głosy radości z powodu rozłamu w pisie. Że oto te dwadzieścia procent poparcia dla niego się podzieli, dzięki czemu oba twory, lub przynajmniej ten bardziej skrajny, znikną. Urocza to wizja, ale jakoś jej nie czuję. Widzę dużo czarniejszy scenariusz.

No bo przecież był taki czas, że pisu sobie rządził i popierało go sporo, a w prezydenckich niemal połowa polaczków. I platforemka pisa w 2007 wysiudała przez podebranie mu co mniej oszołomskich wyborców. Których teraz może utracić na rzecz owego nowego ugrupowania o idiotycznej nazwie roboczej. Owo ugrupowanie ma chyba największą szansę na głosy Polskich Oszołomów Niepsychotycznych. Natomiast Polscy Oszołomowie Psychotyczni prawdopodobnie pozostaną przy swojej ulubionej partii, tej, która już rządziła. Pozwoli to na konsolidację polskich oszołomów, mimo silnej niechęci pomiędzy ich dwoma ugrupowaniami, i w konsekwencji może ponownie zablokować przemiany demokratyczne, a zwłaszcza liberalne (które i tak mają na razie przechlapane), a może nawet wprowadzić jakieś konserwatywne. W końcu platforemka też ma swoją frakcję konserwatywną, która teraz może mieć ugrupowanie bliższe jej ideałom. Przyjemność, że platforemka stałaby się wtedy nieco sensowniejszą partią, raczej ustąpiłaby miejsca żalowi, że utraciła władzę i znowu jesteśmy na etapie zdecydowanego kroku w tył.

Taki scenariusz posiada barwę wyraznie czarną, najprawdopodobniejsze zaś z reguły są te szare. Liczę więc, że wszystko będzie dobrze, ale niepokój pozostaje. I tym niepokojem chciałem się podzielić. Jak będę miał coś radosnego, to zachowam dla siebie.

wtorek, 21 grudnia 2010

Przegląd informacyjno-publicystyczny, cz. 1.

Dr Andrzej Borowski (pracownik Instytutu Geologii i Antropologii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie) zabłysnął kolejną już przebojową pracą naukową. Po szeroko dziś cytowanym doktoracie pt. "Formy prekambru a średniowieczne i renesansowe granice Polski" przyszedł czas na "Orykawalne podstawy przetrwania w Europie górnego paleolitu". Zachęcający tytuł nie myli - dzieło napisane jest przystępnym, ale profesjonalnym językiem, tezy zaś poparte solidną argumentacją. Osią lansowanej teorii orykawalnej są odkrycia archeologiczne dra Borowskiego, które kazały mu wysunąć tezę, że w paleolicie górnym, krótko po tajemniczym zniknięciu Homo neanderthalensis do Europy przybył - prawdopodobnie zza Uralu - kolejny podgatunek człowieka. Od dotychczasowych mieszkańców starego kontynentu różnił się nieznacznie budową głowy. Odrobinę mniejszy mózg, oczy oraz nos pozwalały na istnienie nieproporcjonalnie dużej i po małpiemu wysuniętej do przodu szczęki (oraz żuchwy), co pozwalało osiągnąć ponad dwukrotnie większą niż w przypadku autochtonów objętość jamy ustnej. Dlatego też "starszych" mieszkańców Europy roboczo nazwano Homo minorcavis, nowych zaś Homo maiorcavis (od łacińskiej nazwy jamy ustnej - cavum oris). Ta pozornie drobna różnica anatomiczna okazała się kluczowa - Homo maiorcavis był w stanie wepchnąć sobie do ust dwukrotnie więcej pokarmu, a przy użyciu siły zewnętrznej nawet trzykrotnie. Dzięki temu, odganiany od pokarmu przez różnego rodzaju zagrożenia, wziąć ostatni kęs, który pozwalał mu przeżyć cały następny dzień, gdy tymczasem Homo minorcavis owego dnia musiał umrzeć, jeśli nie udało mu się znaleźć innego pokarmu. Tak znacząco lepiej przystosowany do życia, Homo maiorcavis potrzebował jedynie kilku tysięcy lat na całkowite wytępienie Homo minorcavis z Europy oraz kolejnych kilku na zastąpienie go na większości globu. Na odległych wyspach niewielkie kultury Homo minorcavis utrzymywały się prawdopodobnie aż do okolic 5 tys. lat p.n.e.,  kiedy to siłowo lub pokojowo zostały wytrzebione przez Homo maiorcavis. Z tego wynika jasno, że to ten ostatni jest naszym faktycznym przodkiem i to właśnie jemu zawdzięczamy nieproporcjonalnie wielkie gęby oraz zaniżoną inteligencję. Dr Borowski podejrzewa również, że Homo maiorcavis cechował się większą ilością testosteronu niż jego konkurent, dzięki czemu - jako silniejszy i agresywniejszy - tępił go również aktywnie, poprzez napaści oraz zabójstwa.

*

Jak powszechnie wiadomo, jednym z głównych problemów świata są obecnie Chiny. Złośliwie udowadniając ekonomiczną wyższość totalitaryzmu nad ustrojem demokratycznym chińscy przywódcy grają na nosie całemu zachodniemu światu i pośrednio wspierają ruchy totalitarne, antyhumanitarne. Źródłem ich siły jest sztucznie utrzymywana bieda chińskiego społeczeństwa (jakby nie patrzeć ponad 1/6 ludzkości), co daje ogromną ilość taniej siły roboczej, która z kolei jest w stanie zalać wszystkie zachodnie rynki ogromną ilością kiepskiego, ale taniego towaru, efektywnie niszcząc przemysł krajów odbierających. Ów niespotykany efekt osiągnięto przez zwykłe połączenie siedemnastowiecznej zasady merkantylizmu z ustrojem totalitarnym. Innymi słowy, po epoce maoizmu chińscy przywódcy poszli po rozum do głowy stwierdzając, że inne rządy totalitarne upadły raczej z powodu słabej ekonomii niż niezgody obywateli na zbrodniczy reżim. Zaprowadzili więc w Chinach zbrodniczy reżim o ogromnej skuteczności gospodarczej. Tam, gdzie kto inny narzekałby na ogromną ilość gęb do wykarmienia, chiński rząd dojrzał możliwość przypieprzenia reszcie świata, a więc - relatywnie patrząc - wielkiego wzbogacenia państwa. No i teraz już nikt Chinom podskoczyć nie może. Jest jednak jedna siła we wszechświecie, która może pognębić chiński rząd, a jest nią chiński naród. Tylko że naród w swej masie jest biedny, słaby i umiarkowanie zadowolony, że ma pracę i może tak ostro dopieprzyć reszcie świata (kto by się z tego nie cieszył?). Żeby to zmienić trzeba uderzyć w główne narzędzie chińskiego rządu, czyli słabego yuana. Słaby yuan sprawia, że chińskie towary za granicą kosztują mniej, a więc są kupowane, dzięki czemu kapitał wędruje do chińskich rączek - oczywiście do rączek chińskich prominentów, zwyczajowo powiązanych z rządem. Teraz nagle państwa Zachodu się obudziły i każdy chce mieć słabą walutę, ale w demokratycznym państwie nie da się jej tak łatwo kontrolować. Ale chiński rząd też nie jest wszechpotężny i jeśli rynek będzie przeciw niemu, to przegra. Słyszałem opinie, że zrobił już praktycznie wszystko, co się da, by utrzymać słabego yuana. Czas więc zacząć działać, tak, żeby nobliści mogli odbierać swoje nagrody a ludzie mieć tyle forsy, ile sobie zarobią.
Pomysł prosty - inwestujmy w yuany! Waluta zdaje się solidna i wcześniej czy później musi pójść w górę. Mocno. Gdybyśmy (my - zwykli ludzie z oszczędnościami z całego świata) się zmówili i akumulowali yuany, zapewne mogłibyśmy przyspieszyć i wzmocnić upadek chińskiej gospodarki, a w perspektywie siły politycznej totalitarnych (lub, jeśli ktoś naprawdę chce się spierać, może i autorytarnych) Chin. Oczywiście trzeba by przejść przez paskudny okres tymczasowy, kiedy chiński rząd mógłby (i pewnie robiłby to) bezkarnie drukować walutę, nie powodując inflacji. Ale wtedy możliwości załatwienia go byłoby już więcej, i też dałoby się na tym zarobić.
W wielkim skrócie wydaje mi się, że kiedy yuan mocno zyska to chińskie społeczeństwo krótkotrwale się bardzo wzbogaci, a nieco bardziej długotrwale spotka się z falą bezrobocia. Oba czynniki powinny osłabić chiński rząd oraz być błogosławieństwem dla produkcji pozostałych krajów świata. A poza tym nasze zachodnie rynki i tak są wiecznie przeinwestowane i zawsze jest ryzyko, że pieprzną. Niby żółtki mają swoją bańkę spekulacyjną, ale ja wciąż wierzę w siłę totalitarnej gospodarki.

piątek, 26 listopada 2010

Odszkodowanie

Z najnowszych informacji: Wojciech Mazgaj (imię i nazwisko zmienione na prośbę samego zainteresowanego), jedyny syn Tomasza Popłacznego, który niedawno rozpoczął trzecią kadencję jako sołtys Trzeciaków Górnych (świętokrzyskie), stał się ostatnio obiektem szerszego zainteresowania, wywołanego szczególnym roszczeniem, które wysunął.

Mazgaj, urodzony w roku 1986, jest wielkim fanem lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W Trzeciakach Górnych cieszy się sławą eksperta w kwestiach wspomnianych dekad, ruchów hippisowskiego oraz gitowskiego, wreszcie zjawisk towarzyszących, takich jak powszechna narkomania, komuny, przemoc, a przede wszystkim wolna miłość. Od wielu lat wyraża swój żal, że nie mógł wziąć udziału w rewolucji hippisowskiej, ponieważ nie było go wtedy na świecie.

Ostatnio stwierdził, że nie miał żadnego wpływu na czas swojego urodzenia, nie może więc być zań odpowiedzialny, z czego wynika, że udział w rewolucji hippisowskiej został mu odebrany. Początkowo podejrzewał swoich rodziców, jednak doszedł do wniosku, że gdyby matka urodziła go wcześniej, musiałaby zrobić to w młodszym wieku, co nie było wskazane, zważywszy, że podczas porodu miała świeżo ukończone szesnaście lat. "W tamtych czasach ciąża podczas uczęszczania do szkoły podstawowej była zdecydowanie źle widziana - wyznaje Piotr Jarzębski, emerytowany polonista, dawny nauczyciel języka polskiego Marii Popłacznej, matki Wojciecha Mazgaja. - Przyznam, że nie tylko Tomkowi (Popłacznemu, który, tak jak Jarzębski pochodzi z rocznika '49 - przyp. red.) pokrzyżowała plany ówczesna pruderyjność".
Skoro więc moment poczęcia Wojciecha Mazgaja nie mógł zostać przyspieszony przez jego rodziców, stanowił odgórną konieczność? Tak uważał sam Wojtek, aż do czasu, gdy zaczął pilniej słuchać rekolekcyjnych przemówień ks. Andrzeja Podpłomyka, lokalnego proboszcza. "Od niego właśnie (ks. Podpłomyka - przyp. red.) dowiedziałem się, że Bóg ma plan, że jest wszechwiedzący i wszechmogący. A zatem musiał wiedzieć o mojej pasji i świadomie odmówił mi udziału w tym, co miało być tematem mojego życia" - ze łzami w oczach mówi Wojtek, który postanowił pociągnąć winowajcę do odpowiedzialności. Ponieważ Boga na ziemi reprezentuje Kościół, to od niego Wojciech Mazgaj domaga się odszkodowania. Zapytany o kwotę postulowanego odszkodowania, odpowiada: "Straciłem cel mojego życia i dla mnie jest to bezcenne, ale w końcu jestem tylko jednym człowiekiem, moje cierpienia da się więc zamknąć w relatywnie niskiej kwocie. Nie zapominajmy jednak, że rewolucję hippisowską, a zwłaszcza jej część narkotyczną i seksualną, ukochałem tak bardzo, że z pewnością, gdybym żył w jej czasach, stałbym się liderem ruchu i doprowadził zmiany do szczęśliwego końca, nie pozwolił rewolucji umrzeć, jak się to stało. Zatem z powodu mojego spóźnionego urodzenia ucierpiała cała ludzkość, i to w stopniu fundamentalnym. Dlatego żądam od Kościoła co najmniej czternastu milionów, dwustu pięćdziesięciu trzech tysięcy, dwunastu złotych i trzydziestu trzech groszy." Jak zdradził później, kwotę ową uzyskał przez policzenie grosza od każdego człowieka, który stracił na jego (Wojtka - przyp.red.) spóźnionym urodzeniu, z tym, że od mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, jako ważniejszych, liczył więcej. Na koniec zaokrąglił uzyskaną sumę do całych złotówek i dodał symboliczne trzydzieści trzy grosze za nauki swojego pana, Jezusa Chrystusa, których duch zawarty byłby w rewolucji hippisowskiej, gdyby on (Wojtek - przyp. red.) jej przewodził.

W zeszły piątek, 19. listopada, Wojciech Mazgaj wniósł o odszkodowanie w wymienionej kwocie do sądu rejonowego w niedalekim Jędrzejowie.

Z nieoficjalnych informacji, do których dotarła nasza redakcja wiadomo, że kuria odpowiedzialnością obarcza ks. Podpłomyka, który "pozwolił błądzącemu wiernemu mylnie zinterpretować Pismo Święte i nie wyprowadził go z błędu - a przecież ten błąd jest ciężkim grzechem i może biednego chłopca kosztować życie wieczne" (cytat pochodzi z wypowiedzi wysoko postawionego przedstawiciela kurii, który pragnął zachować anonimowość).

Nasza redakcja skonsultowała się również z adwokatem - mec. Dariuszem Jarzębskim (zbieżność nazwisk z Trzeciackim nauczycielem przypadkowa) z pytaniem, co jego zdaniem powinna teraz zrobić kuria. Według pomysłu mec. Jarzębskiego, kościół katolicki powininen w ekspresowym tempie zaczerpnąć od religii wschodu ideę, że dusza materializuje się, kiedy jest gotowa, i na tej podstawie przenieść winę na samego Wojciecha Mazgaja. Ponieważ jednak Kościół reprezentuje ludzi przed Bogiem, to właśnie on jest głównym poszkodowanym w całej aferze. Zatem to Wojciech Mazgaj powinien odszkodowanie w ustalonej wysokości przekazać na rzecz Kościoła. Jednak jako że mec. Jarzębski nie jest praktykującym chrześcijaninem, nie należy ufać, że kuria, mająca przecież własnych, wysoko opłacanych adwokatów, zastosuje się do jego sugestii.

Tymczasem przedstawiciele Platformy Obywatelskiej w sejmowych kuluarach sugerują, że cała akcja może być zakamuflowanym chwytem wyborczym, który miał przyciągnąć uwagę do osoby Tomasza Popłacznego, ojca Wojciecha Mazgaja. W końcu głównym rywalem Popłacznego (bezpartyjny, popierany przez SLD) na stanowisko sołtysa Trzeciaków Górnych był Tadeusz Nowak z PO, który przegrał różnicą 170 głosów (12% wszystkich oddanych).

Na razie nie został jeszcze wyznaczony termin pierwszej rozprawy. O postępie tej bezprecedensowej sprawy będziemy informować na bieżąco.