Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2012

Demokracja

Dzięki badaniom z użyciem modeli teoretycznych odkryto ostatnio, że impuls do podejmowania decyzji w sposób demokratyczny jest w zasadzie tak stary jak ludzkość. Już bowiem żyjący w plemionach (bądź stadach, jeśli wolimy je tak nazwać) praludzie potrafili w czasach wielkiego głodu zachowywać się zupełnie demokratycznie. Otóż w stadzie formowała się większość, która podejmowała decyzję o podziale grupy na jedzących i jedzonych, następnie przydzielała role (jedzący - większość, jedzeni - mniejszość) i wprowadzała wspólnie ustalone zarządzenia w czyn. Ci, którzy się przeciwstawiali naturalnie stawali się wrogami przyjętego porządku (a więc terrorystami lub przestępcami) i ich istnienie zostawało zdelegalizowane. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności działo się to w tym samym czasie, co decyzja o zjedzeniu mniejszości, można więc było połączyć przyjemne z pożytecznym i zjeść również wspomnianych wywrotowców.

Tak oto widać, że demokracja i poszanowanie prawa są cechami ludzkimi od zarania dziejów.

sobota, 17 grudnia 2011

Hierarchia społeczna a w nosie dłubanie

 Siedzą.

Dłubią wszyscy, bo co tu i nie dłubać? A jak tu nie dłubać? Ale dłubać też nijak, bo w końcu nie wypada. Więc dłubią, acz ukradkiem. Wszyscy siedzą, wszyscy dłubią, a wygląda jakby nikt nie dłubał (choć wciąż wszyscy siedzą). Choć to w sumie zależy dla kogo. Co i rusz jeden siedzi, patrzy, odwraca wzrok i nagle widzi, widzi drugiego, jak w nosie dłubie z całą odrażającą dłubliwością. To ten jeden, co widzi,  sam tym bardziej się mityguje, gdy widzi, jak to łatwo zobaczyć, a tym bardziej ukradkiem dłubie, a tym bardziej niby że nie dłubie, a jak sobie dłubnie czasem. Na nim jednak upokarzająco spoczął na chwilę wzrok trzeciego, dostrzegając nikczemne a pokątne jego ruchy, i z całą surowością już ów trzeci wpatrywać się weń zaczął. Więc i ten na trzeciego wzrok swój z całym ciężarem i z całą drobiazgowością skierował - i nic. Trzeci jak siedział, tak siedzi, tylko sroży się, gdy patrzy, a patrzy czas cały. Tak bez przerwy patrzy, że pierwszy nawet się poddłubywać przestał, no bo jakże tu, pod takim wzrokiem...? Wstyd i samobójstwo.

Wszsyscy wzajem pilnowali się różne przy tym inne rzeczy czyniąc, jako to rozmawiając, poczęstunkiem delektując się lub kawę pijąc, tym się jednak zajmować niekoniecznie potrzeba. Przede wszystkim bowiem czuwali ci dłubacze, i dłubali czuwacze, i nic innego tak wielkiej wagi dla wartości ich jako ludzi nie miało. Niektóren z dłubaniem swym krył się tak niewprawnie, bez gracji ni wrażliwości, że wszystkich wzrok oburzony przyciągał, i nikt o takim sądzić dobrze prawa nie miał. A innego już kilku tylko widziało, gdy chusteczką twarz niby z wilgoci ocierając, zręcznymi, z dawna ćwiczonymi ruchy nos sobie świdrował. W takiej więc hierarchii przebywali, że kto kogo przy czym zobaczył, tego z całą pewnością mógł nie szanować, a kogo nie zobaczył, tego podejrzewać musiał jedynie (i drżał ze strachu, gdyż sam przy rzeczach niegodnych widzianym mógł być, nie przez tego przez siebie widzianego, gdyż temu z pewnością bystrości brakowało, lecz przez niewidzianego, niezłapanego, nieuchwytnego - tak więc przed nim niejako zawczasu, w imię braku nadziei, korzył się w duchu).

A jeden taki musiał być, którego żaden inny przy w nosie dłubaniu nie spostrzegł. On wszystkich widział, wszystkich oceniał i wszystkich znał. On królem był nienazwanym wszystkich dłubaczy. Nie mógł jednak prawdziwej sprawować władzy, ponieważ, choć widział, kto co robił, nie widział, co kto widział, a dopiero wtedy pogrywać mógłby drobniejszymi przywidzeniami i pełną kontrolę mieć nad współdłubcami. Pierwszym był, ale wśród równych.

środa, 29 czerwca 2011

Powrót. Historycy.

Niniejszym stwierdzam, że dość już tego pierdolenia (w paradoksalnym znaczeniu: milczenia). Przez pewien czas nie wypadało się zajmować takimi bzdetami jak blogi, czasy te jednak oficjalnie zakańczam. Równocześnie ostrzegam, że w ostatnich dniach znajduję się w cokolwiek wszetecznym humorze. Termin chyba nie był tu wyjaśniany, więc pozostaje się domyślić, zapytać mnie albo skoczyć z wysokiego budynku.

*
Niedawno trochę się dowiedziałem o historii, więc pragnę się podzielić. Idzie to tak: początki wszyscy znamy, dwudziesty wiek takoż, potem idzie lekki rozpiździaj, trochę średniowiecza, następnie w dwudziestym piątym wieku mamy coś na kształt poprawionego dwudziestego, a w dwudziestym szóstym wreszcie przyzwoity dwudziesty pierwszy, skokowy rozwój nauki, singularity i takie tam posrajgłówki (właśnie w tym momencie wykoncypowałem ów piękny leksem; rodzaju żeńskiego jest on), wreszcie na początku dwudziestego siódmego rozpracowana zostaje podróż w czasie. Do tego momentu oczywiście cały biznes przejęły i nim zarządzają inteligentne maszyny, kontynuujące i rozwijające ludzką kulturę, jak również dbające o ludzki byt. A sami ludzie? Cóż - przestarzali, niedoskonali, nie nadawali się do żadnej pracy, ich egzystencja stała się więc cokolwiek nudnawa. Z wielką radością powitali więc możliwość rozrywkowej podróży w czasie (którą, co ciekawe, maszyny wcale nie były tak bardzo zainteresowane - pewnie dlatego, że spokojniejsze, mądrzejsze i w większym od ludzi poważaniu mające matematykę). Co się okazało? Otóż epickie bitwy cieszą z reguły tylko raz - człowiek szybko się orientuje, że tak przygnębiających rzezi nie chce więcej oglądać (tym bardziej, że dwudziestosiódmowieczni ludzie już nie zabijają swego jedzenia), a ogólniej to historyczne momenty formujące ludzkość okazują się nieco przereklamowane. Co nie znaczy, że nie ma na nie chętnych. Niemal cała czasomigracja (choć są to jedynie krótkie wizyty, nie migracja w naszym rozumieniu) z lat 2606-2614 odwiedzała istotne momenty historyczno-polityczne. Zrobiły się przez to niezwykle tłoczne - przykładowo na rok 2654 uważa się, że zabójstwo Gajusza Juliusza Cezara obserwowało około trzystu poukrywanych w różnych miejscach czasohistoryków. Nie trzeba zapewne dodawać, że skoro dla dwudziestopierwszowiecznych ludzi niewpływanie na historię wydaje sie jedynym sensownym wyjściem, to dla dwudziestosiódmowiecznych tym bardziej. Jednakże każdy chce latać w przeszłość (jedyna naprawdę prawdziwa rozrywka), tsk więc co bardziej znane wydarzenia (a wkrótce i te mniej znane) stały się tłoczne - na tyle, że dalsza publiczność groziła ujawnieniem i zmianą historii. Kolejne zatem pokolenia historyków musiały podróżować do mniej oblężonych - a więc po prostu mniej znanych - miejscomomentów historycznych. Najciekawsze okazały się: koniec XX wieku i początek XXI. Co by nie mówić, był to szczyt rozwoju ludzkości aż do XXVI wieku.
Półwiecze 1975-2025 było najbardziej obleganym czasem dla historyków przez (jak dotychczas, tj. do roku 2654) około 40 lat. Uwzględniając fakt, że przeciętny przedstawiciel piętnastomiliardowej (plus minus miliard na przestrzeni lat) ludzkiej populacji spędza 21 dni w czasach historycznych na jeden w swoich własnych (z tego powodu nominalna średnia ludzkiego życia dramatycznie spadła, do ok. 7 lat) daje to straszliwą ilość osobomigracjodni na te marne pięćdziesiąt lat. A do tego dochodzi podobno ponad drugie tyle z lat następnych!
Cóż z tego wynika dla nas, dwudziestopierwszowieczniaków? Już odpowiadam. Czy mieliście kiedyś wrażenie, że ktoś was obserwuje, mimo, że nikogo w okolicy nie było? No więc był. Idąc podczas spaceru wśród zieleni, możecie być pewni, że za którymś krzakiem, drzewem lub żywopłotem czai się jakiś historyk z dwudziestego siódmego wieku. Ale bardziej prawdopodobne, że za każdym krzakiem czai się kilku. Tylu ich naleciało.
Zatem, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o przyszłości, uczynić swoje życie ciekawszym, poznać sympatycznych ludzi lub po prostu utrudnić im pracę, zbierajcie kamienie (najlepsze są te wielkości pięści) i systematycznie rzucajcie nimi (byle mocno) w okoliczne krzaki, korony drzew, za murki i ogólnie wszędzie, gdzie sami byście się schowali, by obserwować ludzi. Zdziwicie się, jak szybko, po dobrym rzucie zza krzaka wyjdzie cherlawy jegomość, masując spuchniętą potylicę i zacznie was przepraszać. Ja dzięki tej technice dowiedziałem się tych wszystkich rzeczy o przyszłości.
Przy okazji chciałbym zwrócić waszą uwagę na to, jak ciekawym obiektem jest kamień i ile ma zastosowań: od posiłku, przez broń i aparat higieniczny, aż do afrodyzjaku.
Grupa uczonych pod moim przewodnictwem przeprowadziła w ostatnim miesiącu  testy terenowe kamieniowej techniki wykrywania czasohistoryków. Oto wybrane fragmenty wyników:
Średnio na każde 1000 losowych rzutów kamieniem w potencjalne miejsca ukrycia (termin zdefiniowany gdzie indziej, zasadniczo zbieżny z przedstawionym przeze mnie opisem):
trafiano 2,2 ssaki niehumanoidalne (oba gryzonie), w tym 0,79 ze skutkiem śmiertelnym
trafiono 27,3 ssaków humanoidalnych (zakłada się, że wszystkie należą do homo sapiens), z czego spotkanie trzeciego stopnia nastąpiło z 21,1 z nich, podczas gdy 5,9 uciekło (ich przynależność do gatunku homo sapies jest jedynie domniemana na podstawie pobieżnej obserwacji, podczas gdy w pozostsłych ~21 przypadkach kontakt potwierdził przynależność gatunkową, przynajmniej według oficjalnej klasyfikacji na czerwiec 2011)
spośród 21,1 osób, z którymi nawiązano kontakt:
17,8 przyznawało się do podróży w czasie i dwudziestosiódmo- lub dwudziestoósmowiecznego pochodzenia
2,1  okazywały się dwudziestopierwszowiecznymi parami dokonującymi czynności intymnych, z czego 1,3 uprawiało seks - w tym 0,7 z użyciem zabezpieczenia (domniemuje się również przynależność 1,8 osób, które uciekały, do grupy dwudziestopierwszowiecznych par, z uwagi na grupowanie - po dwie osoby, z reguły przeciwnej płci - oraz niekompletne lub nieobecne odzienie)
0,9 osoby okazywało się być przyczajonym ninja (100% tych rozpoznań zakończyło się śmiercią badacza)
0,3 osoby okazały się być ekshibicjonistą oczekującym na ofiarę w stanie półnagim (z ekspozycją części intymnych).
Podsumowując wyniki badania: seria rzutów kamieniem skutkuje najczęściej nawiązaniem kontaktu z przybyszami z przyszłości, Polacy zaś wciąż zaniedbują antykoncepcję.

*
A teraz coś zupełnie innego: ostatnio tak się zamyśliłem, nudziło mi się, no i stworzyłem nową (lub nie, na razie nie sprawdzałem zbyt dokładnie) definicję kultury. No bo ten bełkot o praktykach symbolicznych opartych na wymianie jakoś mi nigdy nie pasował. Ja zatem proponuję:
Kultura - świat stworzony przez inteligencję.

Myślałem, żeby nieco obtłumaczyć taki dobór wyrazów, ale jednak nie. Niech mówi za siebie, niech otwiera pole do interpretacji, którego szerokość wydaje się (przynajmniej mnie) precyzyjnie dobrana.

*
Niech tyle wystarczy na powrót. Pisane ponad dwie godziny. Ponownie może zaskutkować nawałem treści w najbliższym czasie (mam sporo w głowie) lub nie (wciąż tak jakby boję się pisać lub w inny sposób kontaktować ze światem).

Według mnie jest to łotrość.

czwartek, 31 marca 2011

Bzdurzenie

Właśnie rozpoczęła się ostatnia godzina marca. Przez cały miesiąc chodził ze mną pomysł na krótki, głupi tekścik, którego jednakowoż nie mogłem napisać. Winnych jest wielu - zacząłbym od życia, które rzuca ostatnio kłodami - może niekoniecznie pod me nogi, ale ogólnie w moim kierunku; następnie ludzie będący nierzadko owymi miotanymi kłodami, utrudniający mi wspomniane życie na co drugim kroku, przy okazji zaliczający się w większości do bliskiej mojej rodziny (najgorszy typ człowieka); no i wreszcie ja sam wraz z moimi nieodłącznymi cechami, składającymi się na szeroko rozumiane lenistwo, ale również odrobinę solenności, gdyż nie chciałem po prostu wypluć z siebie kolejnego potworka, a raczej potworka osadzonego w niesprzecznym z rzeczywistością tle. Efekt ten najłatwiej osiągnąć poprzez wycięcie, rozmycie lub surrealizację owego tła, ale tym razem nie chciałem się uciekać do tak tanich sztuczek.

Powyższy akapit można streścić za pomocą jednego zdania prostego: nie napisałem jeszcze tego tekstu. Mogę dodać jeszcze zaskakujące postscriptum - pisanie już dawno rozpocząłem, ale na razie szlag je trafił. W końcu żeby pisarz mógł pisać, musi mieć po temu wolny umysł, więc ja tym bardziej owym obciążeniem obciążony jestem, a wspomniane kłody od życia tak wielkim ciężarem na mych barkach się kładą, że myśli o wysmakowanym postmodernizmie z lekka mię odchodzą (acz nie całkiem).

Zbliża się połowa ostatniej godziny marca, więc nie zwlekając przejdę do meritum niniejszego posta - jest on pisany, ponieważ miesiąc bez żadnego posta będzie oznaką mojego całkowitego upadku moralnego; ponadto zaś, ponieważ mam ochotę pobzdurzyć se nieco. Dawnom już nie bdurzył satysfakcjonująco. Skupmy się więc na bzdurzeniu. Mniej picia, więcej bzdurzenia! - Wołał lud zgromadzony pod pałacem prezydenckim. W tym samym czasie na Polach Elizejskich Napoleon Bonaparte po pijaku oświadczał się umiarkowanie pięknej, lecz zabójczo trzeźwej cygance. Gdyby nie była ona skażona cnotą, trzeźwością oraz uczciwością, niechybnie przyjęłaby oświadczyny i historia potoczyłaby się inaczej - przynajmniej nieco inaczej, ponieważ, jak wiadomo, cyganie mnożą się prawie tak obficie jak inne wędrujące grupy (tzw. cyganeria), zatem cesarz miałby solidną grupkę porządnego potomstwa z prawego, choć niezbyt szacownego łoża, zamiast wypierdka w rodzaju Napoleona drugiego (jaki szacunek w dziewiętnastym wieku może osiągnąć człowiek, który żyje tylko dwadzieścia jeden lat). Cyganka jednak, jak już  wspomniałem, trzeźwą była, nie chciała wię stać się jedynie przelotną kochanką najpotężniejszego człowieka świata, wolała raczej zostać jego żoną. W tym celu nie dała mu od razu, lecz próbowała dać się zdobywać przez co najmniej trzy wieczory i jeden kosztowny podarek. Efektem tego postępowania Cesarz Francuzów wychędożył tego dnia kogoś innego, który to fakt zasadniczo wpłynął na losy II Wojny Światowej, jednak w dość zawoalowany sposób.

Z grubsza w tym samym czasie (dokładniej w roku 1867) Charles Rutherford, amerykański rybak pochodzący z Rockland w stanie Maine dokonał fenomenalnego przemyślenia. Idzie to mniej więcej tak: Kolumb wypłynął z Europy i odkrył Amerykę z perspektywy europejskiej, ale Europa, mająca z Ameryką najwięcej połączeń morskich spośród wszystkich kontynentów, nigdy nie została oficjalnie przez Amerykanów odkryta. Zbudował on więc siedemnastometrowy okręt żaglowy, którym (wraz z dwoma towarzyszami) przepłynął Atlantyk i odkrył Europę, którą w całości uczynił własnością prezydenta Stanów Zjednoczonych. Europejczycy niestety zignorowali ten istotny fakt.

A najśmieszniejsze jest to, że imię wspomnianej cyganki brzmiało trochę jak 'dupa'.

Pisane od 23:01 do 23:53, a więc jak na mnie wyjątkowo krótko.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Barbarzyńcy

W grudniu miałem dużo pomysłów, które chętny tu byłem umieścić, ale uznałem, że tak duża dynamika w częstotliwości nowych postów wyglądałaby cokolwiek niepoważnie, no i pozapominałem. Na fali prowitalnej energii roku 2011 moje myśli kierowały się raczej gdzie indziej i od dawna nie miałem tu czego napisać, a jak wreszcie wymyśliłem, to nie mogłem się zebrać, żeby umieścić. Na to nałożyły się zgryzoty związane ze zdrowiem mojego ojca, którego anemia doszła w końcu do takiego poziomu, że wstawanie z łóżka groziło śmiercią (ale zanim się tego dowiedział, to chodził - z trudem, ale jednak; a ja nie wiedziałem nawet, jak to musi być trudne; myślę, że nigdy nie osiągnę takiej siły woli jak on). No i teraz tłumaczę się głównie sam przed sobą, ale jednak publicznie, że gdy wreszcie przyszedł długo wyczekiwany okres odżywania, brania się za siebie itd, to nie przełożyło się to na więcej do powiedzenia tutaj - a przecież powoli staje się to głównym miejscem mojego wypowiadania się.

*

╔=============KAMPANIA SPOŁECZNA=============╗
 Czy zdarza Ci się doznawać uczucia frustracji, trudnego do opanowania gniewu spowodowanego wrażeniem bezsilności? Z pewnością często musisz jakoś wyładować silne uczucia, na przykład kopiąc stół lub rzucając monitorem o ścianę. Są to jednak przedmioty - nic nie czują, nie mogą więc dać satysfakcji jako ofiary przemocy. Ponadto, agresja wobec nich grozi wieloma różnymi urazami.
Pamiętaj! Zwierzę nie jest rzeczą!
Zwierzęta domowe oraz gospodarskie stanowią doskonałe ofiary przemocy. Każde zwierzę, uderzone, poczuje ból, odrzucenie, przerażenie i inne uczucia zaspokajające potrzeby oprawcy, czyli Ciebie! Przemoc wobec zwierząt powoduje wzrost satysfakcji o 53% oraz spadek ilości kontuzji o 26% w porównaniu z agresją wobec przedmiotów. To oznacza lepszy sen, mniej wizyt u lekarza, większą wydajność w pracy - a więc i szczęśliwszą rodzinę. Szczęście rodziny jest przecież najważniejsze!

W celu zapoznania się z ofertą "Okrucieństwo wobec zwierząt - rozwiązania dla firm", wejdź na www.legallysadistic.com
╚===========KAMPANIA SPOŁECZNA============╝


*
A nieco poważniej, pośród niedawnych źródeł mojego stałego przygnębienia wymieniłbym falę wyobcowania, jakiego doznaję w kontaktach z bardzo inteligentnymi ludźmi. Z tymi mniej ineligentnymi oczywiście też, ale do tego już się przyzwyczaiłem, po części z tym pogodziłem. Na inteligentów zaś wciąż liczyłem; gdzieś na granicy świadomości chciałem wierzyć, że z elitą się zawsze dogadam.
Po zastanowieniu zawęziłem pole obecnej fali wyobcowania (właściwie jest to raczej brak poczucia wspólnoty) do postawy barbarzyńcy. U nikogo jej nie widzę. Żeby rzucić nieco światła (oraz dla grafomańskiej przyjemności) przedstawię oto zajmujący ważne miejsce w mojej głowie mit barbarzyńcy.

Barbarzyńca istnieje w opozycji do człowieka (u)cywilizowanego - jest nieokrzesany, niezaznajomiony z kulturą. Przynajmniej z kulturą naszego cywilizowanego świata. Przede wszystkim więc barbarzyńca pozbawiony jest założeń o świecie, które determinują człowiekowi cywilizowanemu wszelkie jego akty poznania. Przykładowo, kiedy barbarzyńca widzi mały, tani samochód, pełen jest podziwu dla fascynującego urządzenia, a dopiero potem (co byłoby pewnie jedyną myślą cywilizowanego) porównuje go z większym, szybszym i bardziej prestiżowym lub też nie. Można by więc powiedzieć, że barbarzyńca jest zawsze zdziwiony, obserwuje świat rozszerzonymi źrenicami.
Barbarzyńca jest też nomadą (przynajmniej w naszym cywilizowanym świecie, który nie jest jego domem), nie kolekcjonuje więc zbytnio dobytku - ani w postaci majątku, ani przyjaciół. Nie boi się zatem straty (nawet śmierci), czy to własnej, czy cudzej. Barbarzyńca nie odcina się również od częstego skojarzenia ze słowem "barbarzyńca" - skłonności do przemocy, dzikości. Barbarzyńca jest dziki (chociaż niekoniecznie do przesady) i wierzy w kult silnego ciała, odporności, hardości - tak, że faktyczna przemoc powinna pozostać w sferze potencjalności. Nie należy jednak barbarzyńcy traktować jako głupca - mądrość, oparta na zimnej kalkulacji, jest jego ważną cechą; mam na myśli, że skojarzenie z mądrością szamańską i wszelkimi innymi esencjalizmami należy uznać za błędne. Barbarzyńca może nawet być nihilistą, choć nie musi. W naszym świecie nigdzie nie jest on też u siebie, naturalnie więc zajmuje pozycję obcego. Doszedłem do tego właśnie w tej chwili i zrozumiałem, że moje wyobcowanie stanowi (dziejową) konieczność, przynajmniej dopóki mit barbarzyńcy będzie we mnie żywy.

No i jeszcze kontekst antyczny. Starożytni Grecy, autorzy pojęcia barbarzyńcy, nazywali tak ludy obce, których kulturą ani intelektem nie byli zainteresowani. Dzisiejszy człowiek chyba ma podobne podejście do barbarzyńcy w moim rozumieniu.
Dla Rzymian zaś, którzy komunikację międzykulturową uprawiali w dużej mierze poprzez masakry i pożary, barbarzyńcy stanowili zagrożenie, zawsze skłonni odpowiedzieć tym samym, a czasami nawet samodzielnie nawiązać dialog. Mój barbarzyńca szerokokontekstowy, posiadający gdzieś swoje wioski wie zatem, że kiedyś będzie musiał urządzić wyprawę na Rzym, że będzie mordował, palił, gwałcił i rabował, że w końcu zostanie pokonany przez bardziej rozwiniętego przeciwnika, że jego wioski zostaną spalone, dzieci zabite, żona (archetyp barbarzyńcy przedstawia bowiem mężczyznę, choć można to zawsze zmienić) zgwałcona i również zabita, majątek rozgrabiony. Kultura wyśmiana, a potem zapomniana. Tak, barbarzyńcy z pewnością są skazani na brutalną porażkę, dlatego są postaciami tragicznymi.

Barbarzyńca to niestety chyba jedyne słowo, którym nazwać można barbarzyńcę, stąd tyle jego powtórzeń w powyższym akapicie. Dzikus to już ktoś inny, podobnie jak autochton, obcy (ponieważ to szersza kategoria), najeźdźca itp.

Jak sam na początku zaznaczyłem, mówimy tu o micie, a więc postawa barbarzyńcy jest pewną ideą, do pewnego stopnia też ideałem. Wewnętrznie czuję się czasem barbarzyńcą, ale na pewno nie spełniam wymienionych tu cech. A Rzym, przynajmniej jak na razie, może mnie najwyżej wyśmiać, na pewno nie zamierza ze mną walczyć. Mogę jedynie dojść do niego po rzymskich drogach jako podróżny i walić głową w jego mury obronne, ale to z kolei byłoby trochę za głupie na barbarzyńcę.

Aha, i Rzym nie jest Babilonem, tzn. barbarzyńca nie prowadzi krucjaty obyczajowej, i w ogóle nie boi się rozwiązłości czy innych przyjemności ziemskich, choć równocześnie rozumie i szanuje ascezę jako źródło tak cenionej przez niego siły.

wtorek, 11 stycznia 2011

Kolejna część przygód ulubieńca młodych już w druku

Artur Krzykadełko jest bohaterem cenionej przez krytyków i pedagogów serii książek dla młodzieży autorstwa Marii Jałkowej. Podczas swoich licznych przygód poznał wielu ciekawych ludzi oraz podjął się wielu ciekawych zadań. Wszystko zaczęło się w roku 1999 od niewielkiej, inspirowanej kilkoma snami pani Jałkowej, książeczki pt. „Artur leci magicznym samolotem”, która została dostrzeżona i pochwalona przez społeczeństwo Indian południowoamerykańskich za realizm. Książka osiągnęła status bestsellera, a pani Jałkowa zabrała się za pisanie sequela, tym razem pracując spokojnie, metodycznie, z wykorzystaniem licznych źródeł. Tak powstała powieść „Artur na tropie pirackiego skarbu” (2003), tak sugestywna, że wielu czytelników próbowało z zawartych wskazówek wydedukować faktyczne miejsce, gdzie zakopany pozostaje tytułowy skarb, a nawet podróżowało po świecie, kopiąc doły w różnych dziwnych punktach. W tej książce wprowadzony również został stały towarzysz Artura – pies Skafander.

Szybko pojawiły się kolejne części przygód popularnego młodzieńca, ukazując proces jego dojrzewania wraz z czytelnikami: „Artur i pierwsza miłość” (2004), „Problemy rodzinne Artura” (2006), „Artur eksploruje Grenlandię” (2007) oraz „Artur pracuje jako makler” (2009). Wszystkie sześć tomów dotychczasowych przygód Artura składa się łącznie z ponad 2,5 tys. stron, przeżył on już niemal wszelkie możliwe przygody, wliczając w to osiągnięcie świadectwa z paskiem, pocałowanie dziewczyny jako pierwszy chłopiec z klasy, uratowanie rodziny Skafandra przed schroniskiem, odkrycie nieznanego wcześniej terytorium, rozwód rodziców czy osiągnięcie maksymalnego wyniku w jednym z trudniejszych testów państwowych.

A jednak pani Jałkowa wciąż ma nowe historie w zanadrzu. Jako pierwsi poznaliśmy ogólny zarys fabuły najnowszej części przygód Artura, „Artur dyktatorem bananowej republiki”. Tym razem bohater, jak sama nazwa wskazuje, będzie uzurpował władzę w nic nie znaczącym państewku, co stać się ma okazją do ukazania typowych dylematór dorastającego człowieka, dotyczących rozstrzeliwania członków opozycji, pokus korupcji, nepotyzmu oraz stręczycielstwa w majestacie prawa. Tymczasem pies Skafander odkryje swoje życiowe powołanie jako szef tajnych służb i szara eminencja na dworze.

Ta delikatna zmiana tematu pokazuje, jak dojrzała sama autorka oraz jakiej dojrzałości spodziewa się po swoich wiernych czytelnikach. Jak sama nieoficjalnie mówi, wytworzyła w sobie prawdziwy zmysł literacki, który zamierza teraz ugruntować, uzyskując jakąś znaczącą nagrodę literacką – np. następny tom z cyklu najprawdopodobniej wycelowany będzie w nagrodę Nike, a poświęcony dylematom moralnym oraz ekonomicznym Artura jako dyrektora obozu koncentracyjnego.

wtorek, 21 grudnia 2010

Przegląd informacyjno-publicystyczny, cz. 1.

Dr Andrzej Borowski (pracownik Instytutu Geologii i Antropologii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie) zabłysnął kolejną już przebojową pracą naukową. Po szeroko dziś cytowanym doktoracie pt. "Formy prekambru a średniowieczne i renesansowe granice Polski" przyszedł czas na "Orykawalne podstawy przetrwania w Europie górnego paleolitu". Zachęcający tytuł nie myli - dzieło napisane jest przystępnym, ale profesjonalnym językiem, tezy zaś poparte solidną argumentacją. Osią lansowanej teorii orykawalnej są odkrycia archeologiczne dra Borowskiego, które kazały mu wysunąć tezę, że w paleolicie górnym, krótko po tajemniczym zniknięciu Homo neanderthalensis do Europy przybył - prawdopodobnie zza Uralu - kolejny podgatunek człowieka. Od dotychczasowych mieszkańców starego kontynentu różnił się nieznacznie budową głowy. Odrobinę mniejszy mózg, oczy oraz nos pozwalały na istnienie nieproporcjonalnie dużej i po małpiemu wysuniętej do przodu szczęki (oraz żuchwy), co pozwalało osiągnąć ponad dwukrotnie większą niż w przypadku autochtonów objętość jamy ustnej. Dlatego też "starszych" mieszkańców Europy roboczo nazwano Homo minorcavis, nowych zaś Homo maiorcavis (od łacińskiej nazwy jamy ustnej - cavum oris). Ta pozornie drobna różnica anatomiczna okazała się kluczowa - Homo maiorcavis był w stanie wepchnąć sobie do ust dwukrotnie więcej pokarmu, a przy użyciu siły zewnętrznej nawet trzykrotnie. Dzięki temu, odganiany od pokarmu przez różnego rodzaju zagrożenia, wziąć ostatni kęs, który pozwalał mu przeżyć cały następny dzień, gdy tymczasem Homo minorcavis owego dnia musiał umrzeć, jeśli nie udało mu się znaleźć innego pokarmu. Tak znacząco lepiej przystosowany do życia, Homo maiorcavis potrzebował jedynie kilku tysięcy lat na całkowite wytępienie Homo minorcavis z Europy oraz kolejnych kilku na zastąpienie go na większości globu. Na odległych wyspach niewielkie kultury Homo minorcavis utrzymywały się prawdopodobnie aż do okolic 5 tys. lat p.n.e.,  kiedy to siłowo lub pokojowo zostały wytrzebione przez Homo maiorcavis. Z tego wynika jasno, że to ten ostatni jest naszym faktycznym przodkiem i to właśnie jemu zawdzięczamy nieproporcjonalnie wielkie gęby oraz zaniżoną inteligencję. Dr Borowski podejrzewa również, że Homo maiorcavis cechował się większą ilością testosteronu niż jego konkurent, dzięki czemu - jako silniejszy i agresywniejszy - tępił go również aktywnie, poprzez napaści oraz zabójstwa.

*

Jak powszechnie wiadomo, jednym z głównych problemów świata są obecnie Chiny. Złośliwie udowadniając ekonomiczną wyższość totalitaryzmu nad ustrojem demokratycznym chińscy przywódcy grają na nosie całemu zachodniemu światu i pośrednio wspierają ruchy totalitarne, antyhumanitarne. Źródłem ich siły jest sztucznie utrzymywana bieda chińskiego społeczeństwa (jakby nie patrzeć ponad 1/6 ludzkości), co daje ogromną ilość taniej siły roboczej, która z kolei jest w stanie zalać wszystkie zachodnie rynki ogromną ilością kiepskiego, ale taniego towaru, efektywnie niszcząc przemysł krajów odbierających. Ów niespotykany efekt osiągnięto przez zwykłe połączenie siedemnastowiecznej zasady merkantylizmu z ustrojem totalitarnym. Innymi słowy, po epoce maoizmu chińscy przywódcy poszli po rozum do głowy stwierdzając, że inne rządy totalitarne upadły raczej z powodu słabej ekonomii niż niezgody obywateli na zbrodniczy reżim. Zaprowadzili więc w Chinach zbrodniczy reżim o ogromnej skuteczności gospodarczej. Tam, gdzie kto inny narzekałby na ogromną ilość gęb do wykarmienia, chiński rząd dojrzał możliwość przypieprzenia reszcie świata, a więc - relatywnie patrząc - wielkiego wzbogacenia państwa. No i teraz już nikt Chinom podskoczyć nie może. Jest jednak jedna siła we wszechświecie, która może pognębić chiński rząd, a jest nią chiński naród. Tylko że naród w swej masie jest biedny, słaby i umiarkowanie zadowolony, że ma pracę i może tak ostro dopieprzyć reszcie świata (kto by się z tego nie cieszył?). Żeby to zmienić trzeba uderzyć w główne narzędzie chińskiego rządu, czyli słabego yuana. Słaby yuan sprawia, że chińskie towary za granicą kosztują mniej, a więc są kupowane, dzięki czemu kapitał wędruje do chińskich rączek - oczywiście do rączek chińskich prominentów, zwyczajowo powiązanych z rządem. Teraz nagle państwa Zachodu się obudziły i każdy chce mieć słabą walutę, ale w demokratycznym państwie nie da się jej tak łatwo kontrolować. Ale chiński rząd też nie jest wszechpotężny i jeśli rynek będzie przeciw niemu, to przegra. Słyszałem opinie, że zrobił już praktycznie wszystko, co się da, by utrzymać słabego yuana. Czas więc zacząć działać, tak, żeby nobliści mogli odbierać swoje nagrody a ludzie mieć tyle forsy, ile sobie zarobią.
Pomysł prosty - inwestujmy w yuany! Waluta zdaje się solidna i wcześniej czy później musi pójść w górę. Mocno. Gdybyśmy (my - zwykli ludzie z oszczędnościami z całego świata) się zmówili i akumulowali yuany, zapewne mogłibyśmy przyspieszyć i wzmocnić upadek chińskiej gospodarki, a w perspektywie siły politycznej totalitarnych (lub, jeśli ktoś naprawdę chce się spierać, może i autorytarnych) Chin. Oczywiście trzeba by przejść przez paskudny okres tymczasowy, kiedy chiński rząd mógłby (i pewnie robiłby to) bezkarnie drukować walutę, nie powodując inflacji. Ale wtedy możliwości załatwienia go byłoby już więcej, i też dałoby się na tym zarobić.
W wielkim skrócie wydaje mi się, że kiedy yuan mocno zyska to chińskie społeczeństwo krótkotrwale się bardzo wzbogaci, a nieco bardziej długotrwale spotka się z falą bezrobocia. Oba czynniki powinny osłabić chiński rząd oraz być błogosławieństwem dla produkcji pozostałych krajów świata. A poza tym nasze zachodnie rynki i tak są wiecznie przeinwestowane i zawsze jest ryzyko, że pieprzną. Niby żółtki mają swoją bańkę spekulacyjną, ale ja wciąż wierzę w siłę totalitarnej gospodarki.

piątek, 26 listopada 2010

Odszkodowanie

Z najnowszych informacji: Wojciech Mazgaj (imię i nazwisko zmienione na prośbę samego zainteresowanego), jedyny syn Tomasza Popłacznego, który niedawno rozpoczął trzecią kadencję jako sołtys Trzeciaków Górnych (świętokrzyskie), stał się ostatnio obiektem szerszego zainteresowania, wywołanego szczególnym roszczeniem, które wysunął.

Mazgaj, urodzony w roku 1986, jest wielkim fanem lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W Trzeciakach Górnych cieszy się sławą eksperta w kwestiach wspomnianych dekad, ruchów hippisowskiego oraz gitowskiego, wreszcie zjawisk towarzyszących, takich jak powszechna narkomania, komuny, przemoc, a przede wszystkim wolna miłość. Od wielu lat wyraża swój żal, że nie mógł wziąć udziału w rewolucji hippisowskiej, ponieważ nie było go wtedy na świecie.

Ostatnio stwierdził, że nie miał żadnego wpływu na czas swojego urodzenia, nie może więc być zań odpowiedzialny, z czego wynika, że udział w rewolucji hippisowskiej został mu odebrany. Początkowo podejrzewał swoich rodziców, jednak doszedł do wniosku, że gdyby matka urodziła go wcześniej, musiałaby zrobić to w młodszym wieku, co nie było wskazane, zważywszy, że podczas porodu miała świeżo ukończone szesnaście lat. "W tamtych czasach ciąża podczas uczęszczania do szkoły podstawowej była zdecydowanie źle widziana - wyznaje Piotr Jarzębski, emerytowany polonista, dawny nauczyciel języka polskiego Marii Popłacznej, matki Wojciecha Mazgaja. - Przyznam, że nie tylko Tomkowi (Popłacznemu, który, tak jak Jarzębski pochodzi z rocznika '49 - przyp. red.) pokrzyżowała plany ówczesna pruderyjność".
Skoro więc moment poczęcia Wojciecha Mazgaja nie mógł zostać przyspieszony przez jego rodziców, stanowił odgórną konieczność? Tak uważał sam Wojtek, aż do czasu, gdy zaczął pilniej słuchać rekolekcyjnych przemówień ks. Andrzeja Podpłomyka, lokalnego proboszcza. "Od niego właśnie (ks. Podpłomyka - przyp. red.) dowiedziałem się, że Bóg ma plan, że jest wszechwiedzący i wszechmogący. A zatem musiał wiedzieć o mojej pasji i świadomie odmówił mi udziału w tym, co miało być tematem mojego życia" - ze łzami w oczach mówi Wojtek, który postanowił pociągnąć winowajcę do odpowiedzialności. Ponieważ Boga na ziemi reprezentuje Kościół, to od niego Wojciech Mazgaj domaga się odszkodowania. Zapytany o kwotę postulowanego odszkodowania, odpowiada: "Straciłem cel mojego życia i dla mnie jest to bezcenne, ale w końcu jestem tylko jednym człowiekiem, moje cierpienia da się więc zamknąć w relatywnie niskiej kwocie. Nie zapominajmy jednak, że rewolucję hippisowską, a zwłaszcza jej część narkotyczną i seksualną, ukochałem tak bardzo, że z pewnością, gdybym żył w jej czasach, stałbym się liderem ruchu i doprowadził zmiany do szczęśliwego końca, nie pozwolił rewolucji umrzeć, jak się to stało. Zatem z powodu mojego spóźnionego urodzenia ucierpiała cała ludzkość, i to w stopniu fundamentalnym. Dlatego żądam od Kościoła co najmniej czternastu milionów, dwustu pięćdziesięciu trzech tysięcy, dwunastu złotych i trzydziestu trzech groszy." Jak zdradził później, kwotę ową uzyskał przez policzenie grosza od każdego człowieka, który stracił na jego (Wojtka - przyp.red.) spóźnionym urodzeniu, z tym, że od mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, jako ważniejszych, liczył więcej. Na koniec zaokrąglił uzyskaną sumę do całych złotówek i dodał symboliczne trzydzieści trzy grosze za nauki swojego pana, Jezusa Chrystusa, których duch zawarty byłby w rewolucji hippisowskiej, gdyby on (Wojtek - przyp. red.) jej przewodził.

W zeszły piątek, 19. listopada, Wojciech Mazgaj wniósł o odszkodowanie w wymienionej kwocie do sądu rejonowego w niedalekim Jędrzejowie.

Z nieoficjalnych informacji, do których dotarła nasza redakcja wiadomo, że kuria odpowiedzialnością obarcza ks. Podpłomyka, który "pozwolił błądzącemu wiernemu mylnie zinterpretować Pismo Święte i nie wyprowadził go z błędu - a przecież ten błąd jest ciężkim grzechem i może biednego chłopca kosztować życie wieczne" (cytat pochodzi z wypowiedzi wysoko postawionego przedstawiciela kurii, który pragnął zachować anonimowość).

Nasza redakcja skonsultowała się również z adwokatem - mec. Dariuszem Jarzębskim (zbieżność nazwisk z Trzeciackim nauczycielem przypadkowa) z pytaniem, co jego zdaniem powinna teraz zrobić kuria. Według pomysłu mec. Jarzębskiego, kościół katolicki powininen w ekspresowym tempie zaczerpnąć od religii wschodu ideę, że dusza materializuje się, kiedy jest gotowa, i na tej podstawie przenieść winę na samego Wojciecha Mazgaja. Ponieważ jednak Kościół reprezentuje ludzi przed Bogiem, to właśnie on jest głównym poszkodowanym w całej aferze. Zatem to Wojciech Mazgaj powinien odszkodowanie w ustalonej wysokości przekazać na rzecz Kościoła. Jednak jako że mec. Jarzębski nie jest praktykującym chrześcijaninem, nie należy ufać, że kuria, mająca przecież własnych, wysoko opłacanych adwokatów, zastosuje się do jego sugestii.

Tymczasem przedstawiciele Platformy Obywatelskiej w sejmowych kuluarach sugerują, że cała akcja może być zakamuflowanym chwytem wyborczym, który miał przyciągnąć uwagę do osoby Tomasza Popłacznego, ojca Wojciecha Mazgaja. W końcu głównym rywalem Popłacznego (bezpartyjny, popierany przez SLD) na stanowisko sołtysa Trzeciaków Górnych był Tadeusz Nowak z PO, który przegrał różnicą 170 głosów (12% wszystkich oddanych).

Na razie nie został jeszcze wyznaczony termin pierwszej rozprawy. O postępie tej bezprecedensowej sprawy będziemy informować na bieżąco.

czwartek, 14 października 2010

Przerwa

Komunikat od Redakcji:

W związku z nabyciem przez Redakcję konsoli do gier wydawanie czasopisma zostało wstrzymane od połowy sierpnia br. Jednakże pogarszająca się od tego czasu sytuacja majątkowa Redakcji zmusiła ją do podjęcia deycji o przerwaniu przerwy w wydawaniu czasopisma przerwą na reklamę.


Reklama:

Małe dzieci często próbują zjeść różne rzeczy. Każdego rodzica dręczy więc strach, że dziecko sięgnie po naprawdę ważne i szkodliwe przedmioty - na przykład środki do czyszczenia. Dziś wychodzimy tym obawom naprzeciw. Oto nowa linia środków czyszczących Dupa Szmata: Dupa Comfort! Zaprojektowane przez najlepszych naukowców na świecie z użyciem najnowocześniejszej technologii, co pozwoliło połączyć skuteczny detergent z miłym, owocowym smakiem. Teraz Twoje dziecko nie będzie już wypluwać zjedzonego detergentu, jak również go nie zwróci - specjalnie w tym celu dodaliśmy do składu element przeciwwymiotny. Teraz możesz być pewien, że Twoje dziecko nakarmi się środkiem czyszczącym. W trosce o większy komfort jako detergentu użyliśmy substancji łagodnie żrącej, zakwalifikowanej do użycia w przemyśle. Pamiętaj: Dupa Comfort nie tylko silniej czyści, ale też lepiej smakuje!


 Trailer:

Jego marzeniem było zostać wojownikiem...  Od urodzenia walczył w podziemnym systemie walk ulicznych... W wieku siedemnastu lat był jednym z najbardziej zabójczych ludzi na Ziemi... Ale to wciąż za mało... Zwykły mężczyzna nie mogł pokonać czającego się zła. ("- Jesteś zbyt przewidywalny") Żeby uratować świat, musiał sięgnąć po najbardziej zaawansowaną technologię - eksperymenty genetyczne ("-Czuję się dziwnie... tak słabo.  - To normalne. Przecież wszczepiliśmy ci cechy słabej płci"). Uzyskał nowe możliwości ("- Z kobiecą intuicją jestem zupełnie nieprzewidywalny! Nikt mnie nie pokona!"). Jego przeciwnik wykorzysta każdy atut ("- Wysłać roboty kastrujące! Niech chociaż jednej płci mu zabraknie..."). Ale on ma w zanadrzu... tajną broń ("- Ostatnia lekcja: jeśli odkryjesz krew na swojej bieliźnie, oznacza to, że przez kilka dni posiadać będziesz nieskończoną moc niszczącą."). Czy to wystarczy? Przekonaj się.
    
KOBIECA INTUICJA

Tej zimy w kinach

wtorek, 10 sierpnia 2010

No co pan?!

No co pan kurwa? - powiedział żul {[w wypowiedzi nie ma przecinka; niektórzy językoznawcy-amatorzy powtórzyliby po raz dziesiąty tego samego wieczora, że ostatni wyraz wypowiedzi żula nie jest wyrazem, lecz właśnie przecinkiem (i zrobiliby to z miną mędrca objawiającego istotę oświecenia); pomijając to, nie ma przecinka; dlaczego? chodzi o literackie odwzorowanie często, gdy słyszę takie słowa, kurwa nie jest zaakcentowana jak komentarz po przecinku, ale raczej jak orzeczenie; fakt, nijak nie jest ów piękny wyraz czasownikiem, ale ulokowany i akcentowany bywa jak czasownik, i czasem oddać to się chce - przyp. tłum.]

Dlaczego tłumacza? Potraktować to metaforycznie i ma pewien sens. Zasadniczo jednak nie ma. Lubię takie wstawki. To jest moje retro - wyobrażam sobie, jak się musieli czuć pierwsi postmoderniści. Zawsze jednak, gdy coś takiego wplatam, słyszę głos mojego wewnętrznego krytyka ds. literatury - bardzo konkretny głos Jerzego Sosnowskiego. Można by nawet literacko nazwać go moim wewnętrznym krytykiem literackim. Tak czy owak w mojej głowie obrusza się on na wszelkie pomysły takie jak ten w poprzednim zdaniu lub ten inspirujący całego posta. Tak samo jak obruszał się (on sam) na podobne pomysły jako mój wykładowca. Z tego, co zrozumiałem, życzyliby oni sobie (realny i urojony), żeby wszelkie dziwne pomysły - takie jak dopisek "przyp.tłum." po komentarzu odautorskim - miały konkretny sens, jakieś przedłużenie, innymi słowy - żeby stanowiły jakąś zagadkę dla czytelnika (możliwość, żeby intencje pisarza były jasne i zrozumiałem wykluczam, bo nie o takich działaniach jest niniejszy post). I tu wkracza moja świadomość z kolejnymi mądrościami: dopóki wszystkie zawoalowane sensy są sensami (i nie ma żadnych półsensów, jak ten przyp.tłum) czyli stanowią zagadki, to mamy do czynienia z literaturą detektywistyczną. Nic poza rozrywką, nawet jeśli skomplikowaną. Czasem więc mam wrażenie, że tylko przez takie okazjonalne złośliwości bez kontynuacji (ale nie zgodzę się na określenie: bezsensy) mogę powiedzieć coś wartościowego od siebie i paru innych podmiotów. Bo w moim świecie dopiero wtedy, gdy nie jest to zagadka, a więc gdy nie ma odpowiedzi, możemy poszukać istotnych sensów. I dopiero od tego punktu zaczyna się postmodernizm, a więc niektórzy uznani postmoderniści nie są dla mnie postmodernistami.

A z innej beczki. Zastanowiłem się trochę nad takimi różnymi, którzy mi zarzucają, że postrzegam świat w kategoriach walki i przypomniałem sobie trochę naszej wspólnej historii. Doszedłem do paradoksalnie przewidywalnego wniosku, że to ci źli ludzie właśnie postrzegają świat w kategoriach walki i może dlatego tylko to są w stanie wyczytać z moich wypowiedzi. Polecam im medytacje w tym kierunku (w dawniejszej polsce często mówiło się o medytacji mając na myśli myślenie)}, kiedy nie dorzuciłem mu się na wino. Spojrzałem na chlejusa wyniośle i odszedłem przerażony.

środa, 21 kwietnia 2010

Reklama

Z pewnością znacie Państwo nieprzyjemną sytuację, kiedy nie można zetrzeć tej wyjątkowo upartej plamy z podłogi lub bielizny? Kiedy środki czystości kończą się i stajemy przed dylematem: umyć swoje ciało czy zabrudzoną kuchenkę? Kiedy po prostu coś nieprzyjemnie swędzi podczas chodzenia?

Wszystkie te problemy kończą się, i to już dziś! Przedstawiamy Państwu światowego potentata na rynku środków czyszczących do powierzchni płaskich oraz miejsc intymnych - firmę Dupa Szmata! Zapraszamy Państwa do wykorzystania unikalnej sytuacji - właśnie teraz Dupa Szmata postanowiła zlitować się nad polskimi gospodarzami oraz gospodyniami, dostarczając im wszystko, czego potrzebują:


Wszechstronna szmatka do skóry zwykłej, suchej oraz podłogi drewnianej, kamiennej lub syntetycznej. Przed użyciem przeczytaj ulotkę dołączoną do opakowania lub skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Jedyne 59.99 PLN. Super Okazja!






Luksusowa szmatka, która pozwoli Twojej skórze cieszyć się odświeżającym peelingiem i komfortem, podłodze lśnić, a zatartemu silnikowi wreszcie uruchomić! Używać tylko z oryginalnymi środkami czyszczącymi Dupa Szmata.

Jedyne 129.99 PLN. Jeszcze Bardziej Super Okazja!



NOWOŚĆ!! Fantastyczny płyn do czyszczenia Dupa Rozkosz. Twoje pośladki już nigdy nie zaakceptują niczego innego! Delikatna, acz stanowcza emulsja zmyje plamy z powierzchni nie rysujących się - może też być stosowana jako wywabiacz do plam na ubraniach z tworzyw naturalnych. W sam raz dla Ciebie!

Jedyne 39.99 PLN. Najsupersza Okazja Pod Słońcem (Bądź Innymi Gwiazdami)!!!


Pamiętaj! Dupa Szmata jest Twoim najlepszym przyjacielem i sojusznikiem w walce z przykrym zapachem, kurzem, brudem oraz grzybicą.


wtorek, 9 marca 2010

Manifestacja

W czwartek odbyła się w Warszawie Wielka Ogólnopolska Manifestacja Indyferentystów. Niewielki tłumek przemaszerował Krakowskim Przedmieściem, skandując: "mamy wszystko gdzieś!". Uczestnicy nieśli transparenty z napisami takimi, jak: "Wolność wszystkim! Albo i niewola!", "Jakoś jest i nijak nie musi być" bądź "Pamiętaj, żeby robić cokolwiek. Albo i nie". Dominowały jednak krótsze napisy - "Cokolwiek", "Bez różnicy", "Nie mam pojęcia" oraz "Polska dla Polaków".
 - Nasza manifestacja odniosła zadziwiający sukces - powiedziała nam w wywiadzie główna organizatorka, pani Barbara Spiwór-Kolano. - Śmiało można zaliczyć ją do najbardziej udanych w historii. Całe miasto, a nawet świat, poparły naszą manifestację poprzez zupełne jej zignorowanie. Teraz mamy pewność, że wiedzą, o co walczymy.

Następnego dnia odbyła się Wielka Ogólnopolska Manifestacja Indyferentystów Tajemnych. Tłum w liczbie trzech osób postał przez kwadrans przed pałacem prezydenckim. Inicjator, pan Żakosław W. (obecnie podejrzany o zniesławienie głowy państwa) tak przedstawił cel manifestacji:
 - Kiedy wczoraj maszerowali indyferentyści, nie mogłem nie zwrócić uwagi na interesujący akronim powstający z jej nazwy. Wraz z kolegami postanowiłem to wykorzystać.

Mówiła dla państwa Mirosława Grzyb-Pierdółka.

Zapraszamy państwa na nasz nowy program publicystyczny: "Rozmowy praktyczne". Postanowiliśmy pozostawić suchych teoretyków suchej teorii, do studia zapraszać będziemy ekspertów znających poruszane problemy od strony praktycznej. Pierwsza emisja już w najbliższy wtorek. O problemie przemocy w rodzinie opowiedzą nam pan Herakles oraz pani Medea.

poniedziałek, 8 marca 2010

Rozmowy z majorem Pierdółką

Zamiast lepszego tramwaju podjechał mi gorszy tramwaj, który jedzie krócej, ale zatrzymuje się dalej. Idąc od jego przystanku do domu przechodzi się koło przystanku lepszego tramwaju, głównie po to, by stwierdzić, czy będąc spokojniejszym i wygodnickim byłoby się w domu szybciej.
Idę sobie więc, obserwując zalegające zaspy śnieżne, kiedy uchem bardzo wewnętrznym słyszę komendę majora Pierdółki:
- Odkręcać kran w nosie! Ruszać się, obkurwieńce jedne!
Efekt natychmiastowy, z nosa się leje jak z ruskiej półlitrówki. Nieco absorbuje to moje myśli, ale z drugiej strony myślę cały czas nad wypowiedzią majora i coś w niej nie daje mi spokoju. Tylko co to jest...? Już wiem.
- Majorze – odzywam się grzecznie. - Skąd pan zna wyraz „obkurwieniec”? Czyżby czytał pan Sapkowskiego?
- Czego? Kogo? Niech cywile pocałują mnie w dupę i nie przeszkadzają żołnierzom w służbie ojczyźnie – odrzekł mi ów grubianin. Poczułem się nieco urażony, ale i nastraszony. Już chciałem schować się w głąb siebie, kiedy przypomniałem sobie, że tam właśnie siedzi ów niebezpieczny człowiek. Pomedytowałem na ten temat przez chwilkę, aż wreszcie odrzekłem mu:
- Majorze, proszę nie zapominać, że przebywa pan obecnie w mojej głowie. Jest pan moim gościem, wymagam więc nieco szacunku. - Tak mu powiedziałem, dumny ze swej asertywności. Zadowolenie moje zostało jednak natychmiast stłamszone przez nieludzko spokojną odpowiedź majora:
- Ta placówka została mi wyznaczona przez naczelne dowództwo jako najlepszy punkt do obserwacji zagrożeń czyhających na państwo polskie. Lokal został zajęty mocą prawa, nie zaś pańskiej gościnności.
Odczułem silne dość silne deja vu, coś było dokładnie tak, jak było już wcześniej i to wcale nie dawno... Nie mogłem jednak ustalić, co to było, więc rzuciłem do swego rozmówcy:
- Czy naczelne dowództwo z pełną powagą powiedziało panu majorowi o czyhaniu owych zagrożeń?
- Z pełną. - Oświadczył zwięźle, wpatrując się w coś za pomocą lunety.
W tym momencie dotarło do mnie, skąd to deja vu – otóż znowu, tak samo jak dwie chwile temu, spokoju nie dawało mi coś w wypowiedzi majora! Tylko co to mogło być...?
- Czyli naczelne dowództwo polskiego wojska zajmuje się tworami czyhającymi? - Drążyłem średnio interesujący temat, siląc się na złośliwość.
- Srającymi. - Major widać nie miał ochoty bawić się w postmodernizm. - Dowództwo dlatego jest dowództwem, że zajmuje się, czym chce.
Delektowałem się właśnie szerokimi przestrzeniami złośliwości, które otworzył przede mną (a więc i przed sobą) major swoim postawieniem sprawy, gdy dotarło do mnie, co mnie tak zaciekawiło w jego wcześniejszej wypowiedzi.
- Majorze, co to znaczy, że moja głowa jest najlepszym punktem do obserwacji zagrożeń czyhających na państwo polskie? - Zapytałem niespodziewanie. Odniosłem wrażenie, że major poruszył się nieznacznie na dźwięk mojego pytania.
- A jak pan myślisz? Znaczy to, że pańska głowa jest najlepszym punktem do obserwacji zagrożeń czyhających na państwo polskie! Wytycznych dowództwa się nie kwestionuje.
Nie, chyba jednak nie poruszył się na dźwięk pytania, tylko po prostu się akurat poruszył. Trudno było mi powiedzieć, na co odpowiedzią było stwierdzenie majora i czy to coś jakkolwiek się wiązało z tym, o co go pytałem. Rozmawiaj tu człowieku z wojskowymi!
- Majorze, czy to wszystko oznacza, że w mojej głowie powstają zagrożenia dla państwa, lub nawet że moja głowa jako taka stanowi owo zagrożenie?
- Ta informacja została zastrzeżona.
- Została zastrzeżona czy po prostu pan nie wie? - Rzekłem zniecierpliwiony.
- Ta informacja również została zastrzeżona.
Czyli wracamy do mojego rozumienia współczesności. Nie wiadomo tak naprawdę absolutnie nic. Ktoś twierdzi, że ktoś nad czymś czuwa, ale wierzyć mu trzeba na słowo. Odczułem narastającą frustrację i chciałem ją na czymś wyładować.
- Majorze, a czy nie mógłby pan przykręcić strumienia w moim nosie, kiedy rozmawiamy? Przecież to urąga godności! - Zaatakowałem go.
- To niech pan do mnie nie rozmawia – obronił się. - Albo niech się pan obetrze.
Pomysł rzeczywiście był zupełnie przyzwoity (pomijając jego syzyfowość) i zdziwiłem się, że sam o tym nie pomyślałem. Wielkie umysły czasem zapominają o małych sprawach, usprawiedliwiłem się w myśli. Obsmarkane umysły zawsze pozostaną tylko obsmarkanymi umysłami, odpowiedziałem sam sobie, po czym mimo wszystko sięgnąłem po chusteczkę. Ich zapas nie wystarczy na długo; mijałem już na szczęście przystanek lepszego tramwaju (który pod względem jakości podróżowania był akurat gorszy), do domu pozostała więc mniej niż połowa drogi. Trzeba myśleć szybciej.
- Przepraszam, ale nijak nie widzę, dlaczego moja głowa miałaby być siedliskiem zagrożeń akurat dla polskości. Moje myśli wymierzone są w ogólny ład cywilizacyjny, a nawet sprawy bardziej fundamentalne i ogólnoludzkie – uniosłem się dumą i zagrałem w otwarte karty.
- Skąd pomysł, że w tym wszystkim chodzi akurat o pana? - Tajemniczo przygasił mnie major. Zastanowiło mnie wyrażenie „skąd pomysł” - w końcu to ja go nadużywam, jakiś tam major powinien raczej powiedzieć „dlaczego pan uważa”, „skąd się panu wzięło” lub „co pan za głupoty opowiadasz”. Postanowiłem jednak nie dzielić się tym podejrzeniem z rozmówcą, skoro najwyraźniej on nie dzieli się wszystkim ze mną.
- Choćby stąd, że siedzi pan w mojej, a nie czyjejkolwiek innej głowie – postanowiłem zabłysnąć inteligencją.
- Może pańska głowa jest bazą wypadową dla agentury obcego rządu, albo nawet dla kontrolujących media istot pozaziemskich?
Pomyślałem, że dworuje sobie ze mnie i wpadłem w złość.
- Ta, chyba moja d...
- A o to musiałbym zapytać tamtejszego rezydenta, pułkownika Wołowa.
- Proszę natychmiast przerwać te insynuacje! - Zażądałem, prawdziwie zaniepokojony.
- Gdzie pan widzi insynuacje? Wszystko powiedziane wprost, po wojskowemu.
- Żądam, aby zaprzestał pan tych wykrętów i w tej chwili wyjawił całą prawdę! - Pomyślałem, że przemówię do żołnierskiego instynktu posłuszeństwa.
- Naprawdę chce pan wiedzieć?
- Tak.
- Z całą pewnością? Bo potem już nie będzie odwrotu.
Ha! Wreszcie się czegoś dowiem.
- Z całą pewnością. Gadaj pan.
- Tak więc informacje, o które pan pyta, zostały zastrzeżone.
Zacisnąłem pięści i przełknąłem cisnący się na usta wulgaryzm (pewnie wyłapią go swoją aparaturą ludzie kaprala Świniowca). Pocieszyć się mogłem jedynie faktem, że naukowo udowodniłem nieinstynktową naturę wojskowego posłuszeństwa.
Szedłem więc w ponurym nastroju, aż nagle przyszło na mnie olśnienie. Mój nos! To przy nim przecież majstrowali ludzie majora Pierdółki – oni z pewnością próbują unieszkodliwić mój nos! Tylko jakie zagrożenia dla państwa mogą płynąć z faktu, że posiadam sprawny narząd czwartego co do ważności mojego zmysłu? Czyżby obawiali się, że wywęszę brudne sprawy rządu? Nie, to tylko metafora... chociaż wojskowi mogliby się na nią nabrać. Tak więc mamy już jedną hipotezę, bazującą na z pewnością słusznym założeniu bezbrzeżnej głupoty środowisk wojskowych. O faktyczny węch raczej nie mogło im chodzić, bo sam muszę przyznać, że nie jest szczególny, zwłaszcza, że przez większość czasu mam kat... ach więc to tak! To dlatego tak rzadko mogę cieszyć się moim doskonałym węchem, że jest on sabotowany przez polską armię! Nie no, tu się szykuje milionowy proces. I całe szczęście, bo desperacko brakuje mi jakiegoś pomysłu na zdobycie lepszej forsy. Adwokata trzeba wziąć z górnej półki, bo ministerstwo obrony też pewnie nie będzie się cackać i spróbuje udowodnić, że to dla mojego dobra. A jak już wygram to inwestować czy przepuścić? No dobrze, ale gdyby nie z powodu metafory to dlaczego odbieraliby mi najważniejszy zmysł? Przecież szkodzenie własnym obywatelom nie jest w ich interesie. Przynajmniej nie bezpośrednio.
Rozmyślając tak zbliżałem się już do swego bloku, ale dopadło mnie jeszcze ostatnie olśnienie. Atrakcyjność! To mi najbardziej psuje cieknący nos! Nagle wszystko stało się takie jasne. Ministerstwo obrony musi działać na zlecenie samego premiera, albo kogoś ponad nim. Chodzi o to, by ograniczyć nieco moją atrakcyjność, by dać szansę pozostałym polakom, bo kiedy wszystkie kobiety wpatrzone są jedynie we mnie, a ja wyznaję filozofię antyerotyczną, to w Polsce nikt nie prokreuje! Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z wagi problemu. Przecież całą Europa teraz cierpi na problemy demograficzne. Tzn. według mnie to dobrze, że tak się dzieje i niech się rodzi jak najmniej, ale samemu być sprawcą tego wszystkiego? To prawie jak skazać miliony na śmierć. Teraz wreszcie rozumiem, jak się musieli czuć dwudziestowieczni dyktatorzy, i muszę przyznać, że uczucie nieco przytłaczające, ale ogólnie przyjemne.
Wszedłem do swojej klatki.
- Jesteś zupełnie szalony, i to nie tylko dlatego, że rozmawiasz z urojonymi postaciami – rzuciła na odchodnym jakaś urojona postać.

czwartek, 4 marca 2010

Cudowne Wydarzenie Grzyba

Grzyba wiecznie prześladowali problemowie. Grzyb uciekał przed nimi jak tylko mógł, najczęściej w objęcia kolejnych problemów. Nie pozwalał sobie wejść na głowę, wchodzili mu więc na hipotekę i dzielili między siebie ów soczysty owoc. A Grzyb żył, starał się żyć tak jak tylko mógł, żywo: intensywnie i z dnia na dzień. Uważał się za wielkiego miłośnika życia (ja zaś powiedziałbym, że był mu zaprzedany bez reszty).
- Grzybciu mój, Grzybuniu – skomlała mu do ucha Maniuszka, istota bezgranicznie go kochająca. - Cóż ci leży na serduniu?
A na serduniu leżały Grzybkowi możliwości i konieczności. Zdobyć środki a unikać peryferii, przeżyć jeszcze choć jeden dzień jak król, lub przynajmniej jak człowiek. Jednak kłopotowie ścigali go coraz zawzięciej, głównie pod postacią wierzyciół. Matnia zamykała się i coraz bardziej wyraźniało widmo odpracowania wesołego życia. Przyszły dni, kiedy nawet Grzyb chodził strapiony; wyglądał wtedy prawie jak jego matka, zwana przez bliskich Grzybową Matką – kiedy on był jeszcze dzieckiem ona już przeczuwała, że nie będzie z niego ludzi. Ale ona też dała się zmylić, kiedy Grzybowi wszystko się udawało, kiedy rósł w siłę po malutkiej hossie jak grzyb po deszczu, który spadł na zepsute jedzenie. Wtedy wszyscy myśleli, że ten człowiek daleko zajdzie, że rozrośnie się do naprawdę potężnej pleśni. Był jak tysiące innych małych grzybków – młodych, prężnych, umiejących skutecznie wyssać potrzebne im substancje z dowolnego podłoża. A teraz Grzyb był ścigany i prześladowany, nie tylko przez fungicydów, ale przede wszystkim przez Wielką Pleśń i różnych pasożytów. Pocieszała go tylko porządna, domowa zupa grzybowa, przyrządzana mu przez Grzybową Matkę w każdy czwartek, kiedy to ją odwiedzał. Grzyba mógł uratować tylko cud.

I wydarzyło się coś cudownego, co uwolniło Grzyba od jego problemów, co pozwoliło mu zostawić w tyle dotychczasowe życie, dotychczasowe nadużycia i dotychczasową tożsamość. Wszystko to nagle przestało się liczyć. Nie był to jednak cud zrozumienia, ani tym bardziej cud życia, którego cudowność bywa zresztą ostatnio kwestionowana przez profesjonalne środowiska dyletanckie.
- Wolny on już, i nikt go nie ściga! - Mówiła przez łzy wzruszenia Maniuszka Grzybowej Matce, gdy donosiła jej o szczęśliwym wydarzeniu. - Już od jakiegoś czasu czułam, że tylko w ten sposób może mu się udać i chyba w jakiś sposób on też to zrozumiał.
- Aleś ty dobra, moje kochane dziecko – odpowiadała jej raz po raz Grzybowa Matka, również poruszona do pewnego poziomu.

Cudem, który uratował Grzyba był wcale nie tak rzadki Cud Zawału Serca, jeden z wielu możliwych rodzajów wspaniałego Cudu Śmierci.

wtorek, 23 lutego 2010

Spryt

- Henryku, a umiesz powiedzieć: "stół z przetrąconym dziąsłem"?
- Stół bez nóg.

sobota, 20 lutego 2010

Angus Mac Pierdoła

Mój wielki przodek, szkocki rycerz Angus Mac Pierdoła, zawsze przed ucięciem głowy swemu wrogowi wypowiadał słynne zdanie: „A niech cię cholera weźmie!” Wielokroć został ranny właśnie z tego powodu, że przerywał na chwilę walkę, by powiedzieć swą kwestię. Gdy w końcu spotkał go zasłużony los i kat miał ściąć jego głowę, Angus chciał raz jeszcze wypowiedzieć owo słynne stwierdzenie, co miałoby wydźwięk ironiczny i na pewno przeszłoby do legendy. Ale akurat wtedy się zająknął i kat zdekapitował go wpół zdania.