Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 marca 2011

Bzdurzenie

Właśnie rozpoczęła się ostatnia godzina marca. Przez cały miesiąc chodził ze mną pomysł na krótki, głupi tekścik, którego jednakowoż nie mogłem napisać. Winnych jest wielu - zacząłbym od życia, które rzuca ostatnio kłodami - może niekoniecznie pod me nogi, ale ogólnie w moim kierunku; następnie ludzie będący nierzadko owymi miotanymi kłodami, utrudniający mi wspomniane życie na co drugim kroku, przy okazji zaliczający się w większości do bliskiej mojej rodziny (najgorszy typ człowieka); no i wreszcie ja sam wraz z moimi nieodłącznymi cechami, składającymi się na szeroko rozumiane lenistwo, ale również odrobinę solenności, gdyż nie chciałem po prostu wypluć z siebie kolejnego potworka, a raczej potworka osadzonego w niesprzecznym z rzeczywistością tle. Efekt ten najłatwiej osiągnąć poprzez wycięcie, rozmycie lub surrealizację owego tła, ale tym razem nie chciałem się uciekać do tak tanich sztuczek.

Powyższy akapit można streścić za pomocą jednego zdania prostego: nie napisałem jeszcze tego tekstu. Mogę dodać jeszcze zaskakujące postscriptum - pisanie już dawno rozpocząłem, ale na razie szlag je trafił. W końcu żeby pisarz mógł pisać, musi mieć po temu wolny umysł, więc ja tym bardziej owym obciążeniem obciążony jestem, a wspomniane kłody od życia tak wielkim ciężarem na mych barkach się kładą, że myśli o wysmakowanym postmodernizmie z lekka mię odchodzą (acz nie całkiem).

Zbliża się połowa ostatniej godziny marca, więc nie zwlekając przejdę do meritum niniejszego posta - jest on pisany, ponieważ miesiąc bez żadnego posta będzie oznaką mojego całkowitego upadku moralnego; ponadto zaś, ponieważ mam ochotę pobzdurzyć se nieco. Dawnom już nie bdurzył satysfakcjonująco. Skupmy się więc na bzdurzeniu. Mniej picia, więcej bzdurzenia! - Wołał lud zgromadzony pod pałacem prezydenckim. W tym samym czasie na Polach Elizejskich Napoleon Bonaparte po pijaku oświadczał się umiarkowanie pięknej, lecz zabójczo trzeźwej cygance. Gdyby nie była ona skażona cnotą, trzeźwością oraz uczciwością, niechybnie przyjęłaby oświadczyny i historia potoczyłaby się inaczej - przynajmniej nieco inaczej, ponieważ, jak wiadomo, cyganie mnożą się prawie tak obficie jak inne wędrujące grupy (tzw. cyganeria), zatem cesarz miałby solidną grupkę porządnego potomstwa z prawego, choć niezbyt szacownego łoża, zamiast wypierdka w rodzaju Napoleona drugiego (jaki szacunek w dziewiętnastym wieku może osiągnąć człowiek, który żyje tylko dwadzieścia jeden lat). Cyganka jednak, jak już  wspomniałem, trzeźwą była, nie chciała wię stać się jedynie przelotną kochanką najpotężniejszego człowieka świata, wolała raczej zostać jego żoną. W tym celu nie dała mu od razu, lecz próbowała dać się zdobywać przez co najmniej trzy wieczory i jeden kosztowny podarek. Efektem tego postępowania Cesarz Francuzów wychędożył tego dnia kogoś innego, który to fakt zasadniczo wpłynął na losy II Wojny Światowej, jednak w dość zawoalowany sposób.

Z grubsza w tym samym czasie (dokładniej w roku 1867) Charles Rutherford, amerykański rybak pochodzący z Rockland w stanie Maine dokonał fenomenalnego przemyślenia. Idzie to mniej więcej tak: Kolumb wypłynął z Europy i odkrył Amerykę z perspektywy europejskiej, ale Europa, mająca z Ameryką najwięcej połączeń morskich spośród wszystkich kontynentów, nigdy nie została oficjalnie przez Amerykanów odkryta. Zbudował on więc siedemnastometrowy okręt żaglowy, którym (wraz z dwoma towarzyszami) przepłynął Atlantyk i odkrył Europę, którą w całości uczynił własnością prezydenta Stanów Zjednoczonych. Europejczycy niestety zignorowali ten istotny fakt.

A najśmieszniejsze jest to, że imię wspomnianej cyganki brzmiało trochę jak 'dupa'.

Pisane od 23:01 do 23:53, a więc jak na mnie wyjątkowo krótko.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Barbarzyńcy

W grudniu miałem dużo pomysłów, które chętny tu byłem umieścić, ale uznałem, że tak duża dynamika w częstotliwości nowych postów wyglądałaby cokolwiek niepoważnie, no i pozapominałem. Na fali prowitalnej energii roku 2011 moje myśli kierowały się raczej gdzie indziej i od dawna nie miałem tu czego napisać, a jak wreszcie wymyśliłem, to nie mogłem się zebrać, żeby umieścić. Na to nałożyły się zgryzoty związane ze zdrowiem mojego ojca, którego anemia doszła w końcu do takiego poziomu, że wstawanie z łóżka groziło śmiercią (ale zanim się tego dowiedział, to chodził - z trudem, ale jednak; a ja nie wiedziałem nawet, jak to musi być trudne; myślę, że nigdy nie osiągnę takiej siły woli jak on). No i teraz tłumaczę się głównie sam przed sobą, ale jednak publicznie, że gdy wreszcie przyszedł długo wyczekiwany okres odżywania, brania się za siebie itd, to nie przełożyło się to na więcej do powiedzenia tutaj - a przecież powoli staje się to głównym miejscem mojego wypowiadania się.

*

╔=============KAMPANIA SPOŁECZNA=============╗
 Czy zdarza Ci się doznawać uczucia frustracji, trudnego do opanowania gniewu spowodowanego wrażeniem bezsilności? Z pewnością często musisz jakoś wyładować silne uczucia, na przykład kopiąc stół lub rzucając monitorem o ścianę. Są to jednak przedmioty - nic nie czują, nie mogą więc dać satysfakcji jako ofiary przemocy. Ponadto, agresja wobec nich grozi wieloma różnymi urazami.
Pamiętaj! Zwierzę nie jest rzeczą!
Zwierzęta domowe oraz gospodarskie stanowią doskonałe ofiary przemocy. Każde zwierzę, uderzone, poczuje ból, odrzucenie, przerażenie i inne uczucia zaspokajające potrzeby oprawcy, czyli Ciebie! Przemoc wobec zwierząt powoduje wzrost satysfakcji o 53% oraz spadek ilości kontuzji o 26% w porównaniu z agresją wobec przedmiotów. To oznacza lepszy sen, mniej wizyt u lekarza, większą wydajność w pracy - a więc i szczęśliwszą rodzinę. Szczęście rodziny jest przecież najważniejsze!

W celu zapoznania się z ofertą "Okrucieństwo wobec zwierząt - rozwiązania dla firm", wejdź na www.legallysadistic.com
╚===========KAMPANIA SPOŁECZNA============╝


*
A nieco poważniej, pośród niedawnych źródeł mojego stałego przygnębienia wymieniłbym falę wyobcowania, jakiego doznaję w kontaktach z bardzo inteligentnymi ludźmi. Z tymi mniej ineligentnymi oczywiście też, ale do tego już się przyzwyczaiłem, po części z tym pogodziłem. Na inteligentów zaś wciąż liczyłem; gdzieś na granicy świadomości chciałem wierzyć, że z elitą się zawsze dogadam.
Po zastanowieniu zawęziłem pole obecnej fali wyobcowania (właściwie jest to raczej brak poczucia wspólnoty) do postawy barbarzyńcy. U nikogo jej nie widzę. Żeby rzucić nieco światła (oraz dla grafomańskiej przyjemności) przedstawię oto zajmujący ważne miejsce w mojej głowie mit barbarzyńcy.

Barbarzyńca istnieje w opozycji do człowieka (u)cywilizowanego - jest nieokrzesany, niezaznajomiony z kulturą. Przynajmniej z kulturą naszego cywilizowanego świata. Przede wszystkim więc barbarzyńca pozbawiony jest założeń o świecie, które determinują człowiekowi cywilizowanemu wszelkie jego akty poznania. Przykładowo, kiedy barbarzyńca widzi mały, tani samochód, pełen jest podziwu dla fascynującego urządzenia, a dopiero potem (co byłoby pewnie jedyną myślą cywilizowanego) porównuje go z większym, szybszym i bardziej prestiżowym lub też nie. Można by więc powiedzieć, że barbarzyńca jest zawsze zdziwiony, obserwuje świat rozszerzonymi źrenicami.
Barbarzyńca jest też nomadą (przynajmniej w naszym cywilizowanym świecie, który nie jest jego domem), nie kolekcjonuje więc zbytnio dobytku - ani w postaci majątku, ani przyjaciół. Nie boi się zatem straty (nawet śmierci), czy to własnej, czy cudzej. Barbarzyńca nie odcina się również od częstego skojarzenia ze słowem "barbarzyńca" - skłonności do przemocy, dzikości. Barbarzyńca jest dziki (chociaż niekoniecznie do przesady) i wierzy w kult silnego ciała, odporności, hardości - tak, że faktyczna przemoc powinna pozostać w sferze potencjalności. Nie należy jednak barbarzyńcy traktować jako głupca - mądrość, oparta na zimnej kalkulacji, jest jego ważną cechą; mam na myśli, że skojarzenie z mądrością szamańską i wszelkimi innymi esencjalizmami należy uznać za błędne. Barbarzyńca może nawet być nihilistą, choć nie musi. W naszym świecie nigdzie nie jest on też u siebie, naturalnie więc zajmuje pozycję obcego. Doszedłem do tego właśnie w tej chwili i zrozumiałem, że moje wyobcowanie stanowi (dziejową) konieczność, przynajmniej dopóki mit barbarzyńcy będzie we mnie żywy.

No i jeszcze kontekst antyczny. Starożytni Grecy, autorzy pojęcia barbarzyńcy, nazywali tak ludy obce, których kulturą ani intelektem nie byli zainteresowani. Dzisiejszy człowiek chyba ma podobne podejście do barbarzyńcy w moim rozumieniu.
Dla Rzymian zaś, którzy komunikację międzykulturową uprawiali w dużej mierze poprzez masakry i pożary, barbarzyńcy stanowili zagrożenie, zawsze skłonni odpowiedzieć tym samym, a czasami nawet samodzielnie nawiązać dialog. Mój barbarzyńca szerokokontekstowy, posiadający gdzieś swoje wioski wie zatem, że kiedyś będzie musiał urządzić wyprawę na Rzym, że będzie mordował, palił, gwałcił i rabował, że w końcu zostanie pokonany przez bardziej rozwiniętego przeciwnika, że jego wioski zostaną spalone, dzieci zabite, żona (archetyp barbarzyńcy przedstawia bowiem mężczyznę, choć można to zawsze zmienić) zgwałcona i również zabita, majątek rozgrabiony. Kultura wyśmiana, a potem zapomniana. Tak, barbarzyńcy z pewnością są skazani na brutalną porażkę, dlatego są postaciami tragicznymi.

Barbarzyńca to niestety chyba jedyne słowo, którym nazwać można barbarzyńcę, stąd tyle jego powtórzeń w powyższym akapicie. Dzikus to już ktoś inny, podobnie jak autochton, obcy (ponieważ to szersza kategoria), najeźdźca itp.

Jak sam na początku zaznaczyłem, mówimy tu o micie, a więc postawa barbarzyńcy jest pewną ideą, do pewnego stopnia też ideałem. Wewnętrznie czuję się czasem barbarzyńcą, ale na pewno nie spełniam wymienionych tu cech. A Rzym, przynajmniej jak na razie, może mnie najwyżej wyśmiać, na pewno nie zamierza ze mną walczyć. Mogę jedynie dojść do niego po rzymskich drogach jako podróżny i walić głową w jego mury obronne, ale to z kolei byłoby trochę za głupie na barbarzyńcę.

Aha, i Rzym nie jest Babilonem, tzn. barbarzyńca nie prowadzi krucjaty obyczajowej, i w ogóle nie boi się rozwiązłości czy innych przyjemności ziemskich, choć równocześnie rozumie i szanuje ascezę jako źródło tak cenionej przez niego siły.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Frustracja i redundancja

Czasem próbuję sobie coś grać i nagle odkrywam, że po trzech latach nauki, zapewne ponad tysiącu godzin spędzonych na ćwiczeniu nie mogę wydobyć zwykłych dźwięków bez brzęczenia. Wtedy dopada mnie frustracja, to szczególne uczucie gniewu, na który przekuć trzeba cierpienie wywołane bezsilnością. Ciekawe, że frustracja zawsze jest podobna, niezależnie od tego, czy wzięła się ze spraw ciężkich, jak mord na bezbronnych, czy lżejszych, jak niemożność muzykowania. Tak czy owak, wypluwając z siebie najplugawsze, choć mało oryginalne strumienie przekleństw odkładam znienawidzony instrument, delikatnie próbuję agresji fizycznej wobec sprzętu i siebie, ale tak, żeby niczego nie uszkodzić, ani nawet nie narozwalać zbytnio. Agresja przechodzi do sfery głębszej, przypominam sobie, że i tak jestem w życiowym impasie i w mojej okolicy szykuje się całe morze cierpienia. Jeśli do całej mojej frustrującej bezsilności, objętościowo równej zasadniczo całemu życiu na ziemi, dodać jeszcze to, rachunek wydaje się prosty. "Nie ma co deliberować - mówię sobie - trza się zabić zanim się waść rozmyślisz". Trzy sekundy wyzwalającego uczucia podjętej decyzji... i przypominam sobie, że i to nie wchodzi w rachubę.

Wtedy doświadczam uczucia, które chciałem tu opisać. Jest to frustracja nakładająca się na frustrację. Nowa fala złości, wydaje się nieporównywalna do tej sprzed chwili, więc człowiek chce zakląć tym szpetniej. A tu dupa - wszystkie znane wulgaryzmy w narzucających się kombinacjach już wykorzystane. No to w coś walnąć, ale co mogło być bezpiecznie walnięte, to już zostało. Normalny, żywy lub autentyczny (co kto woli) człowiek w tym momencie zrobiłby coś. Stłukł szybę, wyrzucił monitor przez okno, rozwalił sobie głowę o kaloryfer. Ale ja już chyba jestem wyjałowiony. Nie chce mi się. Nawet w skrajnych emocjach nie mogę się uwolnić od pragmatyzmu, ba - wygodnictwa nawet. Przy odrobinę większej skłonności do banałów powiedziałbym, że jestem człowiekiem kultury. Ale przecież frustracja to właśnie sprawa czysto kulturowa, więc o naturze nikt tu w ogóle nie rozmawia. W moim przypadku natura chyba już dawno poszła na piwo, znalazła kogoś do wyżalenia się i spędziła pół nocy w barze, wróciła nad ranem, ale tylko po gitarę, po czym [wulgaryzm oznaczający męski organ płciowy] ją strzelił, a słuch po niej zaginął.

Chyba ogólnie jestem rozżalony, bo w tym tygodniu wreszcie miałem się wziąć do roboty i w krótkim czasie zrobić sporo badania, a nie zrobiłem nic. W niedzielę calusieńki dzień zmarnowałem na robienie aniacji (gifa), który jeszcze nie jest skończony, ma niecałe pół minuty. Przeczytałem parę książek po raz drugi lub trzeci. Wszystko, byle tylko nie robić niczego pożytecznego. I nawet już wymówek żadnych (poza egzystencjalnymi, oczywiście) nie mam. Jak teraz o tym myślę, to odruchowo zmierzam do powtórzenia końcówki pierwszego akapitu.

Myślałem też dzisiaj nad chrześcijańskimi przykazaniami. Nie, nie będę tu wymieniał, jak rozrywkowo łamię poszczególne z nich i ile sobie z tego robię. Ani nie będę dowodził, że są one ogólnie bez sensu. Za to zwróciły moją uwagę dwa ostatnie przykazanka - co do żony i innych rzeczy bliźniego twego. Oczywisty patriarchalny seksizm pomijam. Interesuje mnie tekst: "nie będziesz pożądał" lub w innej wersji "nie będziesz pragnął". Rozumiem, zakazać komuś robienia czegoś, ale zakazać pragnienia? To prawie jak zakazać myślenia na jakiś temat. Im bardziej chcesz, tym trudniej. A jeszcze jest relacja przykazań 9. i 10. do 6. i 7. Skoro się dublują, to jego mość wszechmogący musiał zakładać możliwość, że będziemy kraść i cudzołożyć mimo braku chęci. "Nie, mam wszystko, czego potrzebuję, a jego żona jest dość brzydka. No ale cóż, nuda bierze... a, wezmę i pocudzołożę z nią!" Nawet ten idiotyczny monolog pod koniec może sugerować niewielkie pragnienie. Tak więc złamanie 6. bez złamania 9. wydaje się technicznie dość trudne (no właśnie, nawet technicznie... w sensie, bez pożądania to mężczyzna... tego, no... to znaczy oczywiście ja nie, ale mój kumpel... nie, naprawdę chodzi o kumpla, chcesz, to go przyprowadzę...). Albo więc chodziło bogu o problem męskiej prostytucji, albo o pomaganie żonom bezpłodnych mężów albo też... mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, które my, fachowcy, nazywamy redundancją. Polega ono na....


I pieprzył tak bez sensu przez pół nocy, gdyż po prostu mu się nudziło. Nad ranem przyszedł do pewnej przytomności, ale okazało się, że tylko po gitarę. Wziął ją i pobudził wszystkich sąsiadów oraz wezwanych panów policjantów, którzy zasnęli sobie byli na spokojnym dyżurze.

sobota, 27 marca 2010

Tęsknota za grami

Tęsknię, ach, jak tęsknię za graniem. Żyłem w fikcyjnych światach przez większość mojego życia i z dużą niepewnością używam tu czasu przeszłego. Dlaczego tak bardzo tego potrzebuję? Myślę, że odpowiedź brzmi: liniowy rozwój. W moich grach najbardziej kręcił mnie właśnie rozwój, budowa własnego imperium od zera, zdobywanie ostatecznie wszystkiego, ale poprzedzone tworzeniem potęgi cegiełka po cegiełce. Dlaczego więc nie mogę po prostu pobawić się w to samo w realnym życiu?

Bohater gry jest małą postacią w małym świecie, którego zasady są w miarę jasno określone. Przed wszystkim nie obowiązuje tam ściśle zasada zachowania czegokolwiek, zatem po reakcji można mieć więcej niż przed (ten tekst odnosi się raczej do gier zorientowanych jednoosobowo) Poza tym wczuwając się w bohatera, tworzę jego życiowe cele w oparciu o skończone możliwości. Oznacza to, że w grach zorientowanych na podbój świata takie osiągnięcie wydaje mi się wystarczające. W życiu nigdy nie mogłem znaleźć wystarczającego dla mnie osiągnięcia. Czy kryje się za tym straszliwa mania wielkości, egotyzm? Też. Ale nie do przecenienia jest również fakt, że nasze możliwości w życiu, choć ograniczone przez kilka czynników, pozostają nieskończone. Z natury zatem wynika, że nie możemy znaleźć takiego osiągnięcia, po którym uznamy, że już jest okej. Po którym wyświetli nam się komunikat: "You win". Pytanie jednak, czy potrzeba takiego osiągnięcia i komunikatu jest skutkiem nałogu czy też immanentną cechą człowieczeństwa. Nie wiem.

Ale spójrzmy jeszcze z odrobinkę inszej strony. W grach jakkolwiek narracyjnych, mimetycznych często cieszyło mnie zrobienie czegoś dobrego, nawet niewielkiego. Nie zawsze trzeba ratować świat przed szaleńcem, czasami wystarczy odnaleźć dla dziecka pluszowego misia, którego zgubiło. W grze wtedy wiesz, że współczynnik szczęścia na świecie właśnie się nieznacznie podniósł. W życiu rodzą się pytania: czy przypadkiem właśnie nie nauczyłeś tego dziecka, że zamiast rozwiązywać swoje problemy ma oczekiwać pomocy od innych? Czy dla przyjemności poczucia się dobrym nie skazałeś kogoś na problemy w przyszłości? A jeszcze gorzej jest, gdy chcesz komuś pomóc wydatnie - uratować od śmierci, biedy czy innej tragedii. Opiszmy to na przykładzie psa. Otóż jest sobie taki pies - szary, zabiedzony kundel o smutnym, ale wdzięcznym spojrzeniu, który jest ci wdzięczny za sam fakt, że go nie kopnąłeś. Ponieważ kundel ewidentnie bezdomny, a zbliża się zima, stajesz przed dylematem, czy za cenę odrobiny zachodu i pieniędzy nie uratować mu życia. Decydujesz się na ów szlachetny gest. Czyścisz go, odrobaczasz, karmisz, przygarniasz i otaczasz miłością. Kundel okazuje się jednak suczką i o ile nie będzie mieć potomstwa, pozostanie nieszczęśliwy. Albo więc skazujesz swoją suczkę na nieszczęście blokując jej możliwości prokreacyjne, albo też pomagasz jej w tym szlachetnym dziele i po niedługim czasie masz już pięć psów. Oczywiście możesz o nie zadbać, znaleźć im dobrze rokujących nowych opiekunów. Ale te psy też niedługo będą chciały się rozmnożyć. Bo głupie życie (to dotyczy także nas, ludzi) jest szczęśliwe tylko w perspektywie prokreacji. Pomożesz mu się rozmnażać w nieskończoność, to w końcu psy zjedzą wszystko inne. Tak czy inaczej w końcu jakieś psy będą musiały poumierać, najpewniej z głodu, w nieszczęściu. Jeśli uszczęśliwisz jednego psa dziś, ściągniesz nieszczęście na kilka następnych. Straszliwa perspektywa. A to jeszcze nie koniec - każdego psa musisz czymś karmić. Więc wybierasz, żeby jedno zwierzę zostało zabite na pokarm dla drugiego - dlaczego (ten temat już chyba kiedyś poruszałem, więc nie będę się dalej rozwodzić)? W przypadku ludzi kwestia jest odrobinkę bardziej skomplikowana, ale silnie wierzę, że działa ten sam mechanizm i w końcu trafiamy na te same problemy.

A w grach? Ratujesz, nakarmisz i game over, you win. Chciałbym wrócić do świata gier, gdzie można było po prostu zrobić coś dobrego.

piątek, 26 lutego 2010

Oszustwo

Niecny Carrefour mnie oszukał. Według ceny na półce przecier pomidorowy, najważniejszy półprodukt spożywczy świata, kosztował dwa dziewięćdziesiąt. Na rachunku fiskalnym było to trzy dziesięć. Im więcej dni o tym myślę, tym bardziej boli. Co prawda nigdy nie ufałem hipermarketom, wiedziałem, że wykorzystują mnie jako swoje narzędzie, ale żeby kłamać w żywe oczy?

Rozmyślałem nad jakimś wyrażeniem mojej dezaprobaty. Na przykład wysadzeniem w powietrze całego centrum handlowego wraz z klientami. Ale to byłoby odrobinę niesprawiedliwe, jako że w końcu nie zdobyłem się na wysadzenie żadnego zakładu przetwórstwa mięsnego (a to przecież pobudki ideologiczne, wyższe, więc powinny mieć pierwszeństwo nad prywatą!) a jedynie podmieniłem im wieprzowinę na mięso ludzkie (wcale niełatwe w zdobyciu, jakby ktoś pytał). Adekwatną formą skargi będzie więc chyba zamordowanie zarządcy sklepu, posiekanie na plasterki i dodanie do kiepskiej jakości mielonki, tak, żeby klienci nieświadomie kupowali produkt droższy niż ten, za który płacą (ale ile tak naprawdę warte jest mięso ludzkie?).

Przez ten cały postmodernizm w ogóle odchodzi mnie ochota na porządne zabijanie. Obawiam się, że jedyną zniewagą, za którą porządnie w życiu się odpłaciłem pozostanie fakt, że nie chcieli mnie wpuścić do WTC.

sobota, 23 stycznia 2010

Kompromitacja

Na razie zawieszam wcześniejszy wątek, chociaż to, co tu mam do powiedzenia, jest jego ważnym dopełnieniem. Mam nadzieję wznowić temat niedługo, ale na razie próba napisania czegoś kompromitującego o sobie zmusiła mnie, by przejść od razu do większej kompromitacji.

No cóż, szczerość to szczerość, a od początku tego bloga mam wyraźną potrzebę skompromitowania się na tyle, by nie było już żadnej godności do ratowania, żebym mógł mówić wszystko to, co chciałbym. Takie właśnie nadzieje wiążę z tym postem. Chociaż sam nie wiem, czy się udało napisać odpowiednio szczerze.

Ostatnimi czasy nie mogę uwolnić się od uczucia/wniosku, że powinienem umrzeć (uspokajający – lub może rozczarowujący – spoiler: nie zamierzam nic w tym kierunku czynić). Czuję się życiowym bankrutem – doprowadziłem się do takiego stanu, kiedy już nie widzę żadnych wykonalnych i akceptowalnych dróg dla siebie. Przede wszystkim w związku z wiecznym problemem kariery – dawny pomysł, by zostać pisarzem wydaje się dziś trochę idiotyczny, zważywszy, że dużo więcej jest ludzi piszących niż chcących to czytać. Oprócz tego jedyna ścieżka, jaką dla siebie widziałem to kariera naukowa, ale spójrzmy prawdzie w oczy – mimo że najwięcej ze swojej grupy udzielam się na zajęciach (w zasadzie każdych), to szybciej zapominam starą wiedzę niż przyswajam nową, posiadam tak ogromne luki w erudycji, że sam sobie nie dałbym nawet tytułu magistra, a co dopiero doktora. Inna sprawa, że przy kontakcie ze światem naukowym regularnie dostrzegam, że często zadowala się on niższymi standardami ode mnie.

W każdym razie więcej sposobów ucieczki od uwłaczającej rywalizacji z (czasem trzeba to powiedzieć) prostakami nie widzę. Przynajmniej jakkolwiek satysfakcjonujących. A właśnie do takiego stanu ducha pozwoliłem się sobie doprowadzić, że wszelkie konwencjonalne ścieżki kariery wydają mi się niemoralne – żeby zaś móc sobie spojrzeć w oczy powinienem robić coś, co – jeśli nie mogę w to wierzyć – przynajmniej nie jest zbyt szkodliwe. No bo to, na czym dzisiaj (zresztą ta zasada w szerszym rozumieniu obecna była zawsze) można zarobić albo ogólnie coś zyskać, to nie generowanie jakiegoś zysku dla całej ludzkości, a tym bardziej dla całego świata. Nie, chodzi o to, żeby sprzedać swój produkt, ale jeśli ty tego nie zrobisz, to nie znaczy, że produktu zabraknie – więc musisz po prostu skłonić odbiorców, by wybrali twój produkt zamiast konkurencyjnego. Filozofia życia zaś działa – jesteśmy (bo musimy być) trochę poza moralnością, ponieważ musimy gonić maksymalną skuteczność. Etyczny wizerunek, owszem, liczy się – tyle że są tańsze metody osiągnięcia go niż etyczna praca. I nie chcę tu pomstować z ambony na niemoralność pracodawców, bo – jak już zostało wspomniane – rozumiem, że tu działa ewolucja i tylko najsprawniejsi są w stanie przetrwać, indywidualna sprawność zaś nie pokrywa się zbytnio z etycznością. Zresztą, nawet etyczna firma lub korporacja wciąż donikąd nie prowadzi. Może się stawać sprawniejsza, większa i tyle. Wytwórca ani sprzedawca nigdy nie będzie robił czegokolwiek wartościowego, a skoro już tak na to patrzymy, to wydaje się, że podobnie będzie z każdą inną funkcją życiową, którą możemy przybrać.

A zatem jedyne, co jest, to mieć pełną wyzwań i awansów pracę, zadowoloną rodzinę, duży dom i samochód? Pewnie, nie miałbym nic przeciwko obserwowaniu (kiedyś), jak moje dzieci stawiają pierwsze kroki, ale powoływanie kogoś na świat, w którym niczego się nie da osiągnąć wydaje się bardzo... sadystyczne, łagodnie rzecz ujmując.

I tak oto elegancko sprowadziłem się do problemu, który wcale nie jest młody ani oryginalny, co pokazuje, że ja też nie jestem oryginalny. Jeden z wielu skrótowych sposobów zapisania tego problemu, to: uważam, że moje życie to pasmo porażek i jest nic nie warte; jednocześnie nie ma takiego człowieka, z którym chciałbym się zamienić na życia. Wniosek nasuwa się sam.

Pozostaje pytanie o pierwszeństwo: czy dlatego nie mogę ostatnio nic osiągnąć, bo zwątpiłem, czy też zwątpiłem, bo racjonalizuję swoje porażki? Nie mogę oczywiście odpowiedzieć na to pytanie, ale chciałbym zaznaczyć, że kiedy formułuję depresyjne sądy o rzeczywistości, jestem go świadomy.

Warto tu powrócić do wyrazu, którego zasadniczo nie lubię, ponieważ jest nadużywany przez nadętych konserwatystów: godność. Potrzeba jej zachowania/posiadania od lat już powstrzymuje mnie przed próbami zdobycia numerów telefonu intersujących dziewczyn (mam dwadzieścia trzy lata - chyba mogę jeszcze mówić o dziewczynach, a nie kobietach?) oraz oraz zamaskowania swojej niewiedzy na egzaminach. Z tymi numerami to oczywiście nie tylko godność, ale też zwykły lęk przed odrzuceniem, czy ogólniej - fobia społeczna. Kwestie godności są filozofią dorobioną do tego, co i tak robiłem (ściślej: czego nie robiłem), ale się zautonomizowały. Z egzaminami wydaje mi się, że filozofia przyszła najpierw, jako postanowienie zdobycia faktycznej wiedzy, a nie tylko dobrych ocen, i planowe zaprzestanie kombinowania. A teraz nie widzę możliwości dalszego życia i zachowania tej swojej godności. Trochę mi się to kojarzy z seppuku - dawni japończycy pewnie by nazwali to, co ratują - honorem, ale wystarczy poobcować trochę wśród metalowców i już się nienawidzi tego słowa. W każdym razie u mnie potrzeba śmierci w obliczu porażki wydaje się mieć tę samą genezę, aczkolwiek nie badałem tej kwestii, bo w ogóle z niechęcią patrzę na badania kulturowe oraz na filologie obce (trochę zawodowej złośliwości).

Jak zwykle nie wyczerpałem tematu, ale cóż; chyba tylko tak obecnie umiem pisać, budując całościowy wizerunek z małych elementów.

Aby ściągnąć trochę więcej gromów na swoją głowę chciałbym się jeszcze podzielić moimi refleksjami na temat samobójstwa, bo będąc w opisanym stanie ducha od miesięcy, wielokrotnie do tego tematu (powiedzmy, że teoretycznie) powracałem. Mnie osobiście przed ewentualnym samobójstwem broni po prostu wola życia – tak jak terminator po prostu nie mogę wykonać procedury, która miałaby mnie zlikwidować, lub choćby uszkodzić (już wiadomo, dlaczego jestem takim tchórzem). Ale gdyby nie to, czy coś by stało na drodze? Na myśl przychodzi tylko cierpienie przez taki akt wywołane. Przyjaciele? Nie bardzo. Może to cyniczne, ale przypuszczam, że moja śmierć wywarłaby na nich podobne efekty co na mnie ich – z początku szok, ruminacja straconych możliwości, ale po krótkim czasie człowiek by się uspokoił, trochę zapomniał i byłoby okej. Rodzice? W moim przypadku może miałoby to znaczenie, bo doceniam fakt, że dla porozumienia się ze mną byli skłonni do dużo większych poświęceń niż ktokolwiek z przyjaciół. Ale z drugiej strony, ci idioci sprowadzili mnie na ten świat, a gdybym układał dekalog, to byłby jeden z najważniejszych grzechów. Więc ogólniej stwierdzam: powołanie kolejnego człowieka do życia jest zbrodnią na tyle ciężką, że rozpacz po utracie dziecka będzie adekwatną karą. I jedynym istotnym problemem pozostaje rodzeństwo – nawet jeśli nie trzyma się zbyt blisko, to i tak śmierć jednego z nich na zawsze skrzywiłaby życie pozostałych, którzy na to nie zasłużyli.

Tak więc, drogi czytelniku, jeśli życie ci zbrzydło i chcesz się zabić, a jesteś jedynakiem – ja cię powstrzymywać nie będę. Jeśli natomiast posiadasz rodzeństwo (nawet bardzo irytujące), to niestety musisz się, cieciu, ogarnąć. Howgh.

Expecting shitstorm in...
3...
2...
1...