Z najnowszych informacji: Wojciech Mazgaj (imię i nazwisko zmienione na prośbę samego zainteresowanego), jedyny syn Tomasza Popłacznego, który niedawno rozpoczął trzecią kadencję jako sołtys Trzeciaków Górnych (świętokrzyskie), stał się ostatnio obiektem szerszego zainteresowania, wywołanego szczególnym roszczeniem, które wysunął.
Mazgaj, urodzony w roku 1986, jest wielkim fanem lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W Trzeciakach Górnych cieszy się sławą eksperta w kwestiach wspomnianych dekad, ruchów hippisowskiego oraz gitowskiego, wreszcie zjawisk towarzyszących, takich jak powszechna narkomania, komuny, przemoc, a przede wszystkim wolna miłość. Od wielu lat wyraża swój żal, że nie mógł wziąć udziału w rewolucji hippisowskiej, ponieważ nie było go wtedy na świecie.
Ostatnio stwierdził, że nie miał żadnego wpływu na czas swojego urodzenia, nie może więc być zań odpowiedzialny, z czego wynika, że udział w rewolucji hippisowskiej został mu odebrany. Początkowo podejrzewał swoich rodziców, jednak doszedł do wniosku, że gdyby matka urodziła go wcześniej, musiałaby zrobić to w młodszym wieku, co nie było wskazane, zważywszy, że podczas porodu miała świeżo ukończone szesnaście lat. "W tamtych czasach ciąża podczas uczęszczania do szkoły podstawowej była zdecydowanie źle widziana - wyznaje Piotr Jarzębski, emerytowany polonista, dawny nauczyciel języka polskiego Marii Popłacznej, matki Wojciecha Mazgaja. - Przyznam, że nie tylko Tomkowi (Popłacznemu, który, tak jak Jarzębski pochodzi z rocznika '49 - przyp. red.) pokrzyżowała plany ówczesna pruderyjność".
Skoro więc moment poczęcia Wojciecha Mazgaja nie mógł zostać przyspieszony przez jego rodziców, stanowił odgórną konieczność? Tak uważał sam Wojtek, aż do czasu, gdy zaczął pilniej słuchać rekolekcyjnych przemówień ks. Andrzeja Podpłomyka, lokalnego proboszcza. "Od niego właśnie (ks. Podpłomyka - przyp. red.) dowiedziałem się, że Bóg ma plan, że jest wszechwiedzący i wszechmogący. A zatem musiał wiedzieć o mojej pasji i świadomie odmówił mi udziału w tym, co miało być tematem mojego życia" - ze łzami w oczach mówi Wojtek, który postanowił pociągnąć winowajcę do odpowiedzialności. Ponieważ Boga na ziemi reprezentuje Kościół, to od niego Wojciech Mazgaj domaga się odszkodowania. Zapytany o kwotę postulowanego odszkodowania, odpowiada: "Straciłem cel mojego życia i dla mnie jest to bezcenne, ale w końcu jestem tylko jednym człowiekiem, moje cierpienia da się więc zamknąć w relatywnie niskiej kwocie. Nie zapominajmy jednak, że rewolucję hippisowską, a zwłaszcza jej część narkotyczną i seksualną, ukochałem tak bardzo, że z pewnością, gdybym żył w jej czasach, stałbym się liderem ruchu i doprowadził zmiany do szczęśliwego końca, nie pozwolił rewolucji umrzeć, jak się to stało. Zatem z powodu mojego spóźnionego urodzenia ucierpiała cała ludzkość, i to w stopniu fundamentalnym. Dlatego żądam od Kościoła co najmniej czternastu milionów, dwustu pięćdziesięciu trzech tysięcy, dwunastu złotych i trzydziestu trzech groszy." Jak zdradził później, kwotę ową uzyskał przez policzenie grosza od każdego człowieka, który stracił na jego (Wojtka - przyp.red.) spóźnionym urodzeniu, z tym, że od mieszkańców Europy i Ameryki Północnej, jako ważniejszych, liczył więcej. Na koniec zaokrąglił uzyskaną sumę do całych złotówek i dodał symboliczne trzydzieści trzy grosze za nauki swojego pana, Jezusa Chrystusa, których duch zawarty byłby w rewolucji hippisowskiej, gdyby on (Wojtek - przyp. red.) jej przewodził.
W zeszły piątek, 19. listopada, Wojciech Mazgaj wniósł o odszkodowanie w wymienionej kwocie do sądu rejonowego w niedalekim Jędrzejowie.
Z nieoficjalnych informacji, do których dotarła nasza redakcja wiadomo, że kuria odpowiedzialnością obarcza ks. Podpłomyka, który "pozwolił błądzącemu wiernemu mylnie zinterpretować Pismo Święte i nie wyprowadził go z błędu - a przecież ten błąd jest ciężkim grzechem i może biednego chłopca kosztować życie wieczne" (cytat pochodzi z wypowiedzi wysoko postawionego przedstawiciela kurii, który pragnął zachować anonimowość).
Nasza redakcja skonsultowała się również z adwokatem - mec. Dariuszem Jarzębskim (zbieżność nazwisk z Trzeciackim nauczycielem przypadkowa) z pytaniem, co jego zdaniem powinna teraz zrobić kuria. Według pomysłu mec. Jarzębskiego, kościół katolicki powininen w ekspresowym tempie zaczerpnąć od religii wschodu ideę, że dusza materializuje się, kiedy jest gotowa, i na tej podstawie przenieść winę na samego Wojciecha Mazgaja. Ponieważ jednak Kościół reprezentuje ludzi przed Bogiem, to właśnie on jest głównym poszkodowanym w całej aferze. Zatem to Wojciech Mazgaj powinien odszkodowanie w ustalonej wysokości przekazać na rzecz Kościoła. Jednak jako że mec. Jarzębski nie jest praktykującym chrześcijaninem, nie należy ufać, że kuria, mająca przecież własnych, wysoko opłacanych adwokatów, zastosuje się do jego sugestii.
Tymczasem przedstawiciele Platformy Obywatelskiej w sejmowych kuluarach sugerują, że cała akcja może być zakamuflowanym chwytem wyborczym, który miał przyciągnąć uwagę do osoby Tomasza Popłacznego, ojca Wojciecha Mazgaja. W końcu głównym rywalem Popłacznego (bezpartyjny, popierany przez SLD) na stanowisko sołtysa Trzeciaków Górnych był Tadeusz Nowak z PO, który przegrał różnicą 170 głosów (12% wszystkich oddanych).
Na razie nie został jeszcze wyznaczony termin pierwszej rozprawy. O postępie tej bezprecedensowej sprawy będziemy informować na bieżąco.
piątek, 26 listopada 2010
czwartek, 14 października 2010
Przerwa
Komunikat od Redakcji:
W związku z nabyciem przez Redakcję konsoli do gier wydawanie czasopisma zostało wstrzymane od połowy sierpnia br. Jednakże pogarszająca się od tego czasu sytuacja majątkowa Redakcji zmusiła ją do podjęcia deycji o przerwaniu przerwy w wydawaniu czasopisma przerwą na reklamę.
Reklama:
Małe dzieci często próbują zjeść różne rzeczy. Każdego rodzica dręczy więc strach, że dziecko sięgnie po naprawdę ważne i szkodliwe przedmioty - na przykład środki do czyszczenia. Dziś wychodzimy tym obawom naprzeciw. Oto nowa linia środków czyszczących Dupa Szmata: Dupa Comfort! Zaprojektowane przez najlepszych naukowców na świecie z użyciem najnowocześniejszej technologii, co pozwoliło połączyć skuteczny detergent z miłym, owocowym smakiem. Teraz Twoje dziecko nie będzie już wypluwać zjedzonego detergentu, jak również go nie zwróci - specjalnie w tym celu dodaliśmy do składu element przeciwwymiotny. Teraz możesz być pewien, że Twoje dziecko nakarmi się środkiem czyszczącym. W trosce o większy komfort jako detergentu użyliśmy substancji łagodnie żrącej, zakwalifikowanej do użycia w przemyśle. Pamiętaj: Dupa Comfort nie tylko silniej czyści, ale też lepiej smakuje!
Trailer:
Jego marzeniem było zostać wojownikiem... Od urodzenia walczył w podziemnym systemie walk ulicznych... W wieku siedemnastu lat był jednym z najbardziej zabójczych ludzi na Ziemi... Ale to wciąż za mało... Zwykły mężczyzna nie mogł pokonać czającego się zła. ("- Jesteś zbyt przewidywalny") Żeby uratować świat, musiał sięgnąć po najbardziej zaawansowaną technologię - eksperymenty genetyczne ("-Czuję się dziwnie... tak słabo. - To normalne. Przecież wszczepiliśmy ci cechy słabej płci"). Uzyskał nowe możliwości ("- Z kobiecą intuicją jestem zupełnie nieprzewidywalny! Nikt mnie nie pokona!"). Jego przeciwnik wykorzysta każdy atut ("- Wysłać roboty kastrujące! Niech chociaż jednej płci mu zabraknie..."). Ale on ma w zanadrzu... tajną broń ("- Ostatnia lekcja: jeśli odkryjesz krew na swojej bieliźnie, oznacza to, że przez kilka dni posiadać będziesz nieskończoną moc niszczącą."). Czy to wystarczy? Przekonaj się.
W związku z nabyciem przez Redakcję konsoli do gier wydawanie czasopisma zostało wstrzymane od połowy sierpnia br. Jednakże pogarszająca się od tego czasu sytuacja majątkowa Redakcji zmusiła ją do podjęcia deycji o przerwaniu przerwy w wydawaniu czasopisma przerwą na reklamę.
Reklama:
Małe dzieci często próbują zjeść różne rzeczy. Każdego rodzica dręczy więc strach, że dziecko sięgnie po naprawdę ważne i szkodliwe przedmioty - na przykład środki do czyszczenia. Dziś wychodzimy tym obawom naprzeciw. Oto nowa linia środków czyszczących Dupa Szmata: Dupa Comfort! Zaprojektowane przez najlepszych naukowców na świecie z użyciem najnowocześniejszej technologii, co pozwoliło połączyć skuteczny detergent z miłym, owocowym smakiem. Teraz Twoje dziecko nie będzie już wypluwać zjedzonego detergentu, jak również go nie zwróci - specjalnie w tym celu dodaliśmy do składu element przeciwwymiotny. Teraz możesz być pewien, że Twoje dziecko nakarmi się środkiem czyszczącym. W trosce o większy komfort jako detergentu użyliśmy substancji łagodnie żrącej, zakwalifikowanej do użycia w przemyśle. Pamiętaj: Dupa Comfort nie tylko silniej czyści, ale też lepiej smakuje!
Trailer:
Jego marzeniem było zostać wojownikiem... Od urodzenia walczył w podziemnym systemie walk ulicznych... W wieku siedemnastu lat był jednym z najbardziej zabójczych ludzi na Ziemi... Ale to wciąż za mało... Zwykły mężczyzna nie mogł pokonać czającego się zła. ("- Jesteś zbyt przewidywalny") Żeby uratować świat, musiał sięgnąć po najbardziej zaawansowaną technologię - eksperymenty genetyczne ("-Czuję się dziwnie... tak słabo. - To normalne. Przecież wszczepiliśmy ci cechy słabej płci"). Uzyskał nowe możliwości ("- Z kobiecą intuicją jestem zupełnie nieprzewidywalny! Nikt mnie nie pokona!"). Jego przeciwnik wykorzysta każdy atut ("- Wysłać roboty kastrujące! Niech chociaż jednej płci mu zabraknie..."). Ale on ma w zanadrzu... tajną broń ("- Ostatnia lekcja: jeśli odkryjesz krew na swojej bieliźnie, oznacza to, że przez kilka dni posiadać będziesz nieskończoną moc niszczącą."). Czy to wystarczy? Przekonaj się.
KOBIECA INTUICJA
Tej zimy w kinach
piątek, 13 sierpnia 2010
Głupim być - piękny sen
Ostatnio odkryłem, że cierpię na niedostatek pewnego rodzaju scen. Chodzi o takie sceny z kiepskich (a czasami i lepszych) komedyjek, gdzie jedna z postaci, napuszona i dumna, próbuje jakoś przyszpanować i natychmiast się tym ośmiesza. Przykładowo - rusza z piskiem opon tylko po to, by za chwilę hamować. Nie narzekam na brak takich scen w filmach (można by się nawet pokusić o narzekanie wręcz przeciwne), tęsknię jednak za nimi w realnym życiu, gdzie do szpanowania pięciu a do ośmieszenia się jeden (i to wbrew woli). No dobrze, jeśli szpanerów pięciu, to tych ośmieszonych wbrew woli będzie na pewno więcej niż jeden (może też pięciu?), ale bez wątpienia zrozumiem (w końcu kto jest czytelnikiem idealnym tych tekstów?), o co mi chodzi.
W powyższej sytuacji czuję, że sam muszę czasem grać wdzięczną rolę ośmieszonego szpanera (lub innego narcyza). Coraz częściej więc ruszam ostro tylko po to, by zaraz musieć przyhamować. Oczywiście tylko ja rozumiem śmieszność sytuacji, więc tylko ja się śmieję. Potencjalni inni potencjalnie patrzą jak na debila... Gdyby tylko zrozumieli ogólny zarys i wzięli go za wyraz narcyzmu (teza - myślę - zupełnie do obronienia), to mój głupi, literacki pomysł mógłby na wyższym poziomie zrealizować się (chciałbym dodać jakieś: 'naprawdę' lub 'w realnym życiu', ale jak inaczej można się zrealizować? głupie pleonazmy - btw ciekawe, czy którykolwiek z prawdopodobnie dwóch czytelników zna różnicę pomiędzy pleonazmem a tautologią).
Cały ten temat nasuwa mi jeden niepokojący, choć poniekąd cudowny wniosek: hermetyzuję się we wszystkich aspektach i za jakiś czas nie będę potrafił się skomunikować nawet z tą garstką popaprańców, którzy jeszcze próbują mnie zrozumieć. Tylko czy wtedy będzie mi to przeszkadzało?
W powyższej sytuacji czuję, że sam muszę czasem grać wdzięczną rolę ośmieszonego szpanera (lub innego narcyza). Coraz częściej więc ruszam ostro tylko po to, by zaraz musieć przyhamować. Oczywiście tylko ja rozumiem śmieszność sytuacji, więc tylko ja się śmieję. Potencjalni inni potencjalnie patrzą jak na debila... Gdyby tylko zrozumieli ogólny zarys i wzięli go za wyraz narcyzmu (teza - myślę - zupełnie do obronienia), to mój głupi, literacki pomysł mógłby na wyższym poziomie zrealizować się (chciałbym dodać jakieś: 'naprawdę' lub 'w realnym życiu', ale jak inaczej można się zrealizować? głupie pleonazmy - btw ciekawe, czy którykolwiek z prawdopodobnie dwóch czytelników zna różnicę pomiędzy pleonazmem a tautologią).
Cały ten temat nasuwa mi jeden niepokojący, choć poniekąd cudowny wniosek: hermetyzuję się we wszystkich aspektach i za jakiś czas nie będę potrafił się skomunikować nawet z tą garstką popaprańców, którzy jeszcze próbują mnie zrozumieć. Tylko czy wtedy będzie mi to przeszkadzało?
wtorek, 10 sierpnia 2010
No co pan?!
No co pan kurwa? - powiedział żul {[w wypowiedzi nie ma przecinka; niektórzy językoznawcy-amatorzy powtórzyliby po raz dziesiąty tego samego wieczora, że ostatni wyraz wypowiedzi żula nie jest wyrazem, lecz właśnie przecinkiem (i zrobiliby to z miną mędrca objawiającego istotę oświecenia); pomijając to, nie ma przecinka; dlaczego? chodzi o literackie odwzorowanie często, gdy słyszę takie słowa, kurwa nie jest zaakcentowana jak komentarz po przecinku, ale raczej jak orzeczenie; fakt, nijak nie jest ów piękny wyraz czasownikiem, ale ulokowany i akcentowany bywa jak czasownik, i czasem oddać to się chce - przyp. tłum.]
Dlaczego tłumacza? Potraktować to metaforycznie i ma pewien sens. Zasadniczo jednak nie ma. Lubię takie wstawki. To jest moje retro - wyobrażam sobie, jak się musieli czuć pierwsi postmoderniści. Zawsze jednak, gdy coś takiego wplatam, słyszę głos mojego wewnętrznego krytyka ds. literatury - bardzo konkretny głos Jerzego Sosnowskiego. Można by nawet literacko nazwać go moim wewnętrznym krytykiem literackim. Tak czy owak w mojej głowie obrusza się on na wszelkie pomysły takie jak ten w poprzednim zdaniu lub ten inspirujący całego posta. Tak samo jak obruszał się (on sam) na podobne pomysły jako mój wykładowca. Z tego, co zrozumiałem, życzyliby oni sobie (realny i urojony), żeby wszelkie dziwne pomysły - takie jak dopisek "przyp.tłum." po komentarzu odautorskim - miały konkretny sens, jakieś przedłużenie, innymi słowy - żeby stanowiły jakąś zagadkę dla czytelnika (możliwość, żeby intencje pisarza były jasne i zrozumiałem wykluczam, bo nie o takich działaniach jest niniejszy post). I tu wkracza moja świadomość z kolejnymi mądrościami: dopóki wszystkie zawoalowane sensy są sensami (i nie ma żadnych półsensów, jak ten przyp.tłum) czyli stanowią zagadki, to mamy do czynienia z literaturą detektywistyczną. Nic poza rozrywką, nawet jeśli skomplikowaną. Czasem więc mam wrażenie, że tylko przez takie okazjonalne złośliwości bez kontynuacji (ale nie zgodzę się na określenie: bezsensy) mogę powiedzieć coś wartościowego od siebie i paru innych podmiotów. Bo w moim świecie dopiero wtedy, gdy nie jest to zagadka, a więc gdy nie ma odpowiedzi, możemy poszukać istotnych sensów. I dopiero od tego punktu zaczyna się postmodernizm, a więc niektórzy uznani postmoderniści nie są dla mnie postmodernistami.
A z innej beczki. Zastanowiłem się trochę nad takimi różnymi, którzy mi zarzucają, że postrzegam świat w kategoriach walki i przypomniałem sobie trochę naszej wspólnej historii. Doszedłem do paradoksalnie przewidywalnego wniosku, że to ci źli ludzie właśnie postrzegają świat w kategoriach walki i może dlatego tylko to są w stanie wyczytać z moich wypowiedzi. Polecam im medytacje w tym kierunku (w dawniejszej polsce często mówiło się o medytacji mając na myśli myślenie)}, kiedy nie dorzuciłem mu się na wino. Spojrzałem na chlejusa wyniośle i odszedłem przerażony.
Dlaczego tłumacza? Potraktować to metaforycznie i ma pewien sens. Zasadniczo jednak nie ma. Lubię takie wstawki. To jest moje retro - wyobrażam sobie, jak się musieli czuć pierwsi postmoderniści. Zawsze jednak, gdy coś takiego wplatam, słyszę głos mojego wewnętrznego krytyka ds. literatury - bardzo konkretny głos Jerzego Sosnowskiego. Można by nawet literacko nazwać go moim wewnętrznym krytykiem literackim. Tak czy owak w mojej głowie obrusza się on na wszelkie pomysły takie jak ten w poprzednim zdaniu lub ten inspirujący całego posta. Tak samo jak obruszał się (on sam) na podobne pomysły jako mój wykładowca. Z tego, co zrozumiałem, życzyliby oni sobie (realny i urojony), żeby wszelkie dziwne pomysły - takie jak dopisek "przyp.tłum." po komentarzu odautorskim - miały konkretny sens, jakieś przedłużenie, innymi słowy - żeby stanowiły jakąś zagadkę dla czytelnika (możliwość, żeby intencje pisarza były jasne i zrozumiałem wykluczam, bo nie o takich działaniach jest niniejszy post). I tu wkracza moja świadomość z kolejnymi mądrościami: dopóki wszystkie zawoalowane sensy są sensami (i nie ma żadnych półsensów, jak ten przyp.tłum) czyli stanowią zagadki, to mamy do czynienia z literaturą detektywistyczną. Nic poza rozrywką, nawet jeśli skomplikowaną. Czasem więc mam wrażenie, że tylko przez takie okazjonalne złośliwości bez kontynuacji (ale nie zgodzę się na określenie: bezsensy) mogę powiedzieć coś wartościowego od siebie i paru innych podmiotów. Bo w moim świecie dopiero wtedy, gdy nie jest to zagadka, a więc gdy nie ma odpowiedzi, możemy poszukać istotnych sensów. I dopiero od tego punktu zaczyna się postmodernizm, a więc niektórzy uznani postmoderniści nie są dla mnie postmodernistami.
A z innej beczki. Zastanowiłem się trochę nad takimi różnymi, którzy mi zarzucają, że postrzegam świat w kategoriach walki i przypomniałem sobie trochę naszej wspólnej historii. Doszedłem do paradoksalnie przewidywalnego wniosku, że to ci źli ludzie właśnie postrzegają świat w kategoriach walki i może dlatego tylko to są w stanie wyczytać z moich wypowiedzi. Polecam im medytacje w tym kierunku (w dawniejszej polsce często mówiło się o medytacji mając na myśli myślenie)}, kiedy nie dorzuciłem mu się na wino. Spojrzałem na chlejusa wyniośle i odszedłem przerażony.
środa, 4 sierpnia 2010
Myśli, część siódma
Zgodnie z komentarzową zapowiedzią chcę kolejny raz trochę oświetlić 'mój problem'.
Niezbędnym założeniem będzie świadomośc całkowicie zateizowana, niejako w miejsce religii stawiająca - ewolucję. Tyle że nie w znaczeniu darwinowskim, odnoszącym się do biologii, ale rozszerzonym, opasującym i opisującym większość, jeśli nie wszystkie, sfery działalności człowieka - a więc np. wszelkie twory społeczne, ale chyba też idee, choć nie jestem pewien, czy te ostatnie w łatwo zauważalny sposób.
Podstawowym narzędziem ewolucji jest rywalizacja. Skuteczniejszy może przetrwać, mniej skuteczny musi umrzeć (w ludzkim społeczeństwie to się komplikuje, bo skuteczny na poziomie społecznym - kasiasty, wpływowy, szanowany - rzadko bywa skutecznym na poziomie biologicznym - rodzic wielu dzieci, które dożywają do momentu własnej prokreacji).
Pierwsze problemy z rywalizacją:
Nie wiem, czy rywalizacja zawsze ma zwycięzcę, może nie. Ale zawsze ma przegranego.
Od razu wyobrażam sobie, jak ktoś mi odpowiada fikcyjną anegdotą, że trójka ludzi aplikowała na to samo stanowisko w jakiejś firmie. "Jedno z nich się dostało, ale pozostali tak się zmotywowali, że zdobyli i wydobyli z siebie nowe kwalifikacje, dzięki czemu zdobyli potem dużo lepsze prace, niż początkowo byli w stanie" - Tak właśnie mógłby mi ktosik powiedzieć. I twierdzić, że to dobrze. A ja odpowiedziałbym temu komuś: "no dobrze, więc niby wszyscy wygrali? a co z tymi, którzy aplikowali na te same stanowiska, co ta dwójka? oni mogli być przegrani, a mogli nie być, bo mogli się też zmotywować, uruchomić nowe kwalifikacje, zdobyć lepszą pracę niż pierwotnie planowali itp., ale wtedy znów ktoś inny musiałby tej pracy nie otrzymać. Liczba etatów, na których można robić coś ciekawego, a tym bardziej tych dobrze płatnych jest ograniczona procentowo. I zawsze mniejsza od tych źle płatnych.
Rywalizacja służy zwiększeniu skuteczności, a ta jest ważna dla narzędzi, przedmiotów. Po co podmioty mają być skuteczne? Chyba tylko dla samej rywalizacji, a to tworzy nam jedno z głupszych błędnych kół.
Rywalizacja premiuje raczej jednostki o ograniczonej wrażliwości, empatii, skłonności do refleksji. Do osiągnięcia wygranej służy dyskurs sukcesu, czyli pewnego rodzaju skrypt, który z powodzeniem mógłby obsłużyć robot. Nota bene do nawiązywania znajomości (czy to przyjacielskich, czy erotycznych) używa się podobnego skryptu, tylko chyba odrobinę trudniejszego - na razie robot byłby trochę za mało inteligentny, by przebić w nim ludzi, ale jestem raczej pewien, że to inteligencji, a nie empatii mu brakuje. Przypuszczam, że dobry skrypt nawet u mnie mógłby wywołać wrażenie empatii, a to przecież wystarcza.
Oczywiście wypisałem tylko te problemy, które są logiczną koniecznością, ale są przecież inne, kto wie czy nie gorsze, które wystąpić z logicznego punktu nie muszą, ale w praktyce ogromna większość z nas spotyka się z nimi. Tu pozwolę sobie zarysować tylko główną grupę - większe i mniejsze nadużycia, których dopuszczamy się na innych, gdy uzależnimy się od systemu rywalizacyjnego i (zupełnie logicznie) chcemy osiągnąć więcej, niż jesteśmy w stanie wyrwać za pomocą reguł.
No i ja się teraz pytam: jak ja mam brać udział w takim systemie? Jakoś będę musiał, ale nie potrafię znaleźć żadnej, nawet hipotetycznej przezeń ścieżki, która pozwoliłaby mi zachować dobre mniemanie o sobie.
Niezbędnym założeniem będzie świadomośc całkowicie zateizowana, niejako w miejsce religii stawiająca - ewolucję. Tyle że nie w znaczeniu darwinowskim, odnoszącym się do biologii, ale rozszerzonym, opasującym i opisującym większość, jeśli nie wszystkie, sfery działalności człowieka - a więc np. wszelkie twory społeczne, ale chyba też idee, choć nie jestem pewien, czy te ostatnie w łatwo zauważalny sposób.
Podstawowym narzędziem ewolucji jest rywalizacja. Skuteczniejszy może przetrwać, mniej skuteczny musi umrzeć (w ludzkim społeczeństwie to się komplikuje, bo skuteczny na poziomie społecznym - kasiasty, wpływowy, szanowany - rzadko bywa skutecznym na poziomie biologicznym - rodzic wielu dzieci, które dożywają do momentu własnej prokreacji).
Pierwsze problemy z rywalizacją:
Nie wiem, czy rywalizacja zawsze ma zwycięzcę, może nie. Ale zawsze ma przegranego.
Od razu wyobrażam sobie, jak ktoś mi odpowiada fikcyjną anegdotą, że trójka ludzi aplikowała na to samo stanowisko w jakiejś firmie. "Jedno z nich się dostało, ale pozostali tak się zmotywowali, że zdobyli i wydobyli z siebie nowe kwalifikacje, dzięki czemu zdobyli potem dużo lepsze prace, niż początkowo byli w stanie" - Tak właśnie mógłby mi ktosik powiedzieć. I twierdzić, że to dobrze. A ja odpowiedziałbym temu komuś: "no dobrze, więc niby wszyscy wygrali? a co z tymi, którzy aplikowali na te same stanowiska, co ta dwójka? oni mogli być przegrani, a mogli nie być, bo mogli się też zmotywować, uruchomić nowe kwalifikacje, zdobyć lepszą pracę niż pierwotnie planowali itp., ale wtedy znów ktoś inny musiałby tej pracy nie otrzymać. Liczba etatów, na których można robić coś ciekawego, a tym bardziej tych dobrze płatnych jest ograniczona procentowo. I zawsze mniejsza od tych źle płatnych.
Rywalizacja służy zwiększeniu skuteczności, a ta jest ważna dla narzędzi, przedmiotów. Po co podmioty mają być skuteczne? Chyba tylko dla samej rywalizacji, a to tworzy nam jedno z głupszych błędnych kół.
Rywalizacja premiuje raczej jednostki o ograniczonej wrażliwości, empatii, skłonności do refleksji. Do osiągnięcia wygranej służy dyskurs sukcesu, czyli pewnego rodzaju skrypt, który z powodzeniem mógłby obsłużyć robot. Nota bene do nawiązywania znajomości (czy to przyjacielskich, czy erotycznych) używa się podobnego skryptu, tylko chyba odrobinę trudniejszego - na razie robot byłby trochę za mało inteligentny, by przebić w nim ludzi, ale jestem raczej pewien, że to inteligencji, a nie empatii mu brakuje. Przypuszczam, że dobry skrypt nawet u mnie mógłby wywołać wrażenie empatii, a to przecież wystarcza.
Oczywiście wypisałem tylko te problemy, które są logiczną koniecznością, ale są przecież inne, kto wie czy nie gorsze, które wystąpić z logicznego punktu nie muszą, ale w praktyce ogromna większość z nas spotyka się z nimi. Tu pozwolę sobie zarysować tylko główną grupę - większe i mniejsze nadużycia, których dopuszczamy się na innych, gdy uzależnimy się od systemu rywalizacyjnego i (zupełnie logicznie) chcemy osiągnąć więcej, niż jesteśmy w stanie wyrwać za pomocą reguł.
No i ja się teraz pytam: jak ja mam brać udział w takim systemie? Jakoś będę musiał, ale nie potrafię znaleźć żadnej, nawet hipotetycznej przezeń ścieżki, która pozwoliłaby mi zachować dobre mniemanie o sobie.
czwartek, 8 lipca 2010
Myśli, część jedenasta
Zamyśliłem się ostatnio nad moimi rozmowami z koleżanką z Poznania oraz moimi (powtórzenie wydaje się konieczne) staruszkami, choć ślady prowadzące do tych przemyśleń znajduję w większości moich rozmów (oprócz tych ze sobą). Podstawowe pytanie: kiedy Ci ktoś wierzy, a kiedy nie?
Podstawa do przemyśleń: chyba powszechnie podzielany pogląd, że porządny przyjaciel powinien czasem zignorować to, co osoba mówi i usłyszeć to, co chciałaby powiedzieć.
Problem: mechanizm wyboru wypowiedzi kwalifikowanych jako fałszywe.
Wyłuszczenie problemu (jako snob mam ochotę użyć słowa: eksplanacja): oczywiście chcę się poskarżyć, że ktoś uznał moją prawdziwą wypowiedź za fałszywą. A nawet całą linię wypowiedzi. Kto przeczytał dotychczasową całość tego, niech już będzie, bloga, ten pewnie zauważył, że moje poglądy są dość aspołeczne (użyłbym nawet słowa 'antyspołeczne', gdyby nie stanowiło ono definicji psychopatii) - pokrótce, szukam (i znajduję!) sensu w samotności, nie zarabianiu pieniędzy i takich różnych. Nietrudno się domyślić, że tacy różni (wymienieni i nie tylko) podejrzewają, że nie twierdzę tego szczerze (musi się za tym kryć jakaś trauma!), a po prostu ktoś mnie zranił i desperacko pragnę związku/akceptacji, tylko boję się zrobić coś w tym kierunku.
W tym miejscu normalny blogger zgnębiłby omawiane przez siebie postacie (bo ośmieliły się zlekceważyć bloggera!) niezbyt dyskretną ironią. Następnie desperackim krzykiem wyłożyłby, o co mu chodzi. Chyba jeszcze do desperacji nie doszedłem, ale swój manifest mogę zapodać: z jednej strony wszelkie kwestie jakkolwiek związane z miłością zaliczają się do zachowań prokreacyjnych i jako takie są przygnębiająco prozaiczne i nie prowadzą do nikąd, z drugiej wszyscy jesteśmy ludźmi (lub czymśtam) i mamy swoje potrzeby, zatem możemy przyznać im rangę zwykłych potrzeb, a nie sensu życia. Ani koncepcje promiskuistyczne, ani seksualnie restrykcyjne nie stanowią odpowiedzi na nic, więc możemy przestać przykładać tak wielką wagę do dupczenia. I to prawie wyczerpuje temat (z tym 'prawie' będę się męczył jeszcze przez wiele postów).
A teraz sens tego posta: wszyscy mi wierzą, kiedy mówię, żeby mówić, zabić czas, podtrzymać konwersację (trudno mi wytłumaczyć, dlaczego te wypowiedzi uważam za nieprawdziwe - w skrócie: jest to takie uproszczenie, że zmienia istotę rzeczy i nie mógłbym się pod nim podpisać), natomiast prawie/chyba nikt mi nie wierzy, kiedy się wysilam i mówię prosto z... niech już będzie... serca.
Adnotacja: Chodzi mi o przedstawienie zabawnego paradoksu, a nie pognębienie swoich rozmówców. Na ich miejscu zrobiłbym to samo - nawet gdyby ktoś wypowiedział w moim kierunku moje własne teksty, prawdopodobnie uznałbym, że kompensuje jakąś swoją traumę. A więc komunikacyjna kicha. Albo też... wiem, że wszyscy (tzn. ja) czekają na to adekwatne wyrażenie: dupa.
Podstawa do przemyśleń: chyba powszechnie podzielany pogląd, że porządny przyjaciel powinien czasem zignorować to, co osoba mówi i usłyszeć to, co chciałaby powiedzieć.
Problem: mechanizm wyboru wypowiedzi kwalifikowanych jako fałszywe.
Wyłuszczenie problemu (jako snob mam ochotę użyć słowa: eksplanacja): oczywiście chcę się poskarżyć, że ktoś uznał moją prawdziwą wypowiedź za fałszywą. A nawet całą linię wypowiedzi. Kto przeczytał dotychczasową całość tego, niech już będzie, bloga, ten pewnie zauważył, że moje poglądy są dość aspołeczne (użyłbym nawet słowa 'antyspołeczne', gdyby nie stanowiło ono definicji psychopatii) - pokrótce, szukam (i znajduję!) sensu w samotności, nie zarabianiu pieniędzy i takich różnych. Nietrudno się domyślić, że tacy różni (wymienieni i nie tylko) podejrzewają, że nie twierdzę tego szczerze (musi się za tym kryć jakaś trauma!), a po prostu ktoś mnie zranił i desperacko pragnę związku/akceptacji, tylko boję się zrobić coś w tym kierunku.
W tym miejscu normalny blogger zgnębiłby omawiane przez siebie postacie (bo ośmieliły się zlekceważyć bloggera!) niezbyt dyskretną ironią. Następnie desperackim krzykiem wyłożyłby, o co mu chodzi. Chyba jeszcze do desperacji nie doszedłem, ale swój manifest mogę zapodać: z jednej strony wszelkie kwestie jakkolwiek związane z miłością zaliczają się do zachowań prokreacyjnych i jako takie są przygnębiająco prozaiczne i nie prowadzą do nikąd, z drugiej wszyscy jesteśmy ludźmi (lub czymśtam) i mamy swoje potrzeby, zatem możemy przyznać im rangę zwykłych potrzeb, a nie sensu życia. Ani koncepcje promiskuistyczne, ani seksualnie restrykcyjne nie stanowią odpowiedzi na nic, więc możemy przestać przykładać tak wielką wagę do dupczenia. I to prawie wyczerpuje temat (z tym 'prawie' będę się męczył jeszcze przez wiele postów).
A teraz sens tego posta: wszyscy mi wierzą, kiedy mówię, żeby mówić, zabić czas, podtrzymać konwersację (trudno mi wytłumaczyć, dlaczego te wypowiedzi uważam za nieprawdziwe - w skrócie: jest to takie uproszczenie, że zmienia istotę rzeczy i nie mógłbym się pod nim podpisać), natomiast prawie/chyba nikt mi nie wierzy, kiedy się wysilam i mówię prosto z... niech już będzie... serca.
Adnotacja: Chodzi mi o przedstawienie zabawnego paradoksu, a nie pognębienie swoich rozmówców. Na ich miejscu zrobiłbym to samo - nawet gdyby ktoś wypowiedział w moim kierunku moje własne teksty, prawdopodobnie uznałbym, że kompensuje jakąś swoją traumę. A więc komunikacyjna kicha. Albo też... wiem, że wszyscy (tzn. ja) czekają na to adekwatne wyrażenie: dupa.
piątek, 18 czerwca 2010
Fundamentalny dylemat
Od dawna tu nie pisałem, mimo, że był odzew, więc powinienem czuć się zmobilizowany. Jednakże przez cały czas mojego braku aktywności po prostu męczy mnie jedno kluczowe pytanie i nie mogę znaleźć w sobie odpowiedzi. Pytanie to brzmi: co jest najważniejsze w życiu? Czy weżreć i zeżreć, czy też wsunąć i zasunąć?
Odpowiedź pierwsza stanowi pewną enuncjację solipsyzmu (brak innych podmiotów), druga natomiast nastawiona jest na społeczeństwo (komuś w końcu trzeba coś zasunąć... lub też po prostu zasunąć). Btw uwielbiam pseudogwarową formę zasunąnć. Odpowiedź druga pewnie więcej konwencjonalnego sensu miałaby, gdyby odwrócić kolejność czasowników, jednak tak ma lepszy rytm, a jak się solidnie zastanowić nad życiem to rytm (w sensie dosłownym, muzycznym, a nie żadnym przenośnym) ma większą wartośc od jakiejkolwiek logiki. Dlatego właśnie Skumbrie w tomacie Gałczyńskiego są moim ulubionym wierszem.
A poza tym: mimo, iż uważam się za kandydata do nagrody Bumelanta Roku, mój indeks wypełniony jest piątkami, z wyjątkiem jednej tróji plus, której nie chciało mi się poprawić (w kategorii Bumelant Roku zwycięzcą jest....) i teraz mi głupio. Piszę o tym dlatego, że gdyby faktycznie istniało coś takiego jak karma, to moja już od dawna byłaby mocno nadwerężona (w sensie, że szczęście wielokroć już ratowało mój zadek przed zasłużonymi katastrofami), więc albo w następnym życiu byłbym jakąś wyjątkowo żałosną formą życia (np. maklerem) albo w poprzednim musiałem się fantastycznie zasłużyć. Z kolei w bardziej teistycznej wizji moja dusza mogła się była założyć z Wielkim Czymśtam, że dostanie wszelkie liczące się bonusy (spójrzmy prawdzie w oczy... tak dobrze wyglądającego i inteligentnego łajdaka jak ja jeszcze w tej galaktyce nie było ^^) a i tak osiągnie wybitny poziom żałosności.
Odpowiedź pierwsza stanowi pewną enuncjację solipsyzmu (brak innych podmiotów), druga natomiast nastawiona jest na społeczeństwo (komuś w końcu trzeba coś zasunąć... lub też po prostu zasunąć). Btw uwielbiam pseudogwarową formę zasunąnć. Odpowiedź druga pewnie więcej konwencjonalnego sensu miałaby, gdyby odwrócić kolejność czasowników, jednak tak ma lepszy rytm, a jak się solidnie zastanowić nad życiem to rytm (w sensie dosłownym, muzycznym, a nie żadnym przenośnym) ma większą wartośc od jakiejkolwiek logiki. Dlatego właśnie Skumbrie w tomacie Gałczyńskiego są moim ulubionym wierszem.
A poza tym: mimo, iż uważam się za kandydata do nagrody Bumelanta Roku, mój indeks wypełniony jest piątkami, z wyjątkiem jednej tróji plus, której nie chciało mi się poprawić (w kategorii Bumelant Roku zwycięzcą jest....) i teraz mi głupio. Piszę o tym dlatego, że gdyby faktycznie istniało coś takiego jak karma, to moja już od dawna byłaby mocno nadwerężona (w sensie, że szczęście wielokroć już ratowało mój zadek przed zasłużonymi katastrofami), więc albo w następnym życiu byłbym jakąś wyjątkowo żałosną formą życia (np. maklerem) albo w poprzednim musiałem się fantastycznie zasłużyć. Z kolei w bardziej teistycznej wizji moja dusza mogła się była założyć z Wielkim Czymśtam, że dostanie wszelkie liczące się bonusy (spójrzmy prawdzie w oczy... tak dobrze wyglądającego i inteligentnego łajdaka jak ja jeszcze w tej galaktyce nie było ^^) a i tak osiągnie wybitny poziom żałosności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
